Wszystkiego dobrego po świętach! Chwila odpoczynku i ja znowu na wysokich obrotach Taki miły powrót do rzeczywistości! #DesignThinking W argentyńskim mieście Orán rusza proces biskupa Gustavo Zanchetty, bliskiego przyjaciela papieża Franciszka. Oskarżony jest on o molestowanie seksualne dwóch byłych seminarzystów, całkowicie zależnych od biskupa. Tomasz Karolak i Viola Kołakowska rozstali się w 2017 r. Od tamtej pory kilkukrotnie mówiono, że aktor miał wrócić do matki swoich dzieci. Ich miłość miała być też powodem jego rozstania z Magdaleną Malicką pod koniec 2018 r. Teraz, jak udało się dowiedzieć "Dobremu Tygodniowi", związek Tomasza Karolak i Violi Kołakowskiej 30.06.1967. #film. Author: Culture.pl. Share: Robert Więckiewicz is a film and theatre actor. He was born on 30th June, 1967, in Nowa Ruda. Więckiewicz graduated from the Faculty of Acting at the Theatre Academy in Wrocław. After graduation, he joined the Polish Theatre in Poznań. He made his debut there in the double role of George Gibbs About Me. 17 April 2021, 07:56 BST. 23 April 2022, 20:45 BST. 5 min. Professionally Quality Manager in the construction company, Master of Science in Engineering (MSc Eng). Privately father of two, husband, karate-ka 🥋 (ダリユシュ) at AKASHI (2nd dan), self-taught web developer, IT support person and blogger. British and Polish national “Chciałbym powiedzieć "miło być znowu u siebie", ale to niestety niemożliwe. Ponieważ szefowa zmiany celników nie zna przepisów - stwierdziła, że poczeka z odprawą, aż w Rydze pojawią się w pracy osoby, które na przepisach się znają (czyt. aż do pracy przyjdzie nowa zmiana).” Dlaczego w branży IT jest tak mało kobiet? Ten wątek jakiś czas temu rozgrzał dyskusję na naszym Discordzie. Kobiety wnoszą do zespołu inne spojrzenie, pragmatyzm i dążenie do konsensusu. x6loV. Co reżyser „Testosteronu” i „Lejdis” myśli dziś o rozśmieszaniu ludzi i Netflixie? W dłuższym wywiadzie nie brakuje też wątków osobistych. – Mam świadomość, że chwilami jestem arogancki, ale to nie jest całość historii o mnie – mówi Andrzej Saramonowicz. Andrzej Saramonowicz potrafił rozśmieszyć miliony Polaków. Od wielu lat nie zrobił filmu, ale na temat dzisiejszych polskich komedii ma wyrobione zdanie. – Jeśli robisz komedię popularną, to konstruujesz ją jak tort składający się z kilku warstw. Na poziomie podstawowym to ma być smak dla wszystkich, ale są też wisienki smakujące tylko nielicznym. Chodzi o to, żeby umieć tych warstw nałożyć kilka. Dzisiaj problemem niektórych filmów komercyjnych w Polsce jest to, że mają tylko warstwę podstawową – stwierdził Andrzej Saramonowicz w obszernym wywiadzie w programie internetowym „Z tymi co się znają”. Czy gdyby dziś nakręcił komedię według własnej recepty na sukces, czego nie wyklucza, znowu rozbiłby bank, jak w przypadku „Testosteronu” i „Lejdis”? – Polskie społeczeństwo przez te kilkanaście lat bardzo się zmieniło, powstaje więc oczywiście pytanie, czy to by się sprawdziło – zastanawia się Andrzej Saramonowicz. A jak ocenia Patryka Vegę, którego filmy trafiają dziś do gustów milionowej widowni i który zastąpił Saramonowicza w roli króla polskiej komedii? – On znalazł wytrych, a ja miałem klucz do serc odbiorców – odpowiada twórca. Dlaczego ciągle te same twarze? Gdy w 2003 roku Andrzej Saramonowicz wprowadzał Roberta Więckiewicza i Tomasza Karolaka w filmie „Ciało”, praktycznie nikt tych aktorów nie znał. Dziś gwarancją kinowego sukcesu wydaje się być rozpoznawalna obsada. Co się zmieniło w kinie? Dlaczego twórcy i producenci jak ognia unikają ryzyka i nie szukają młodych talentów? – Dzisiaj namówić widza, żeby zobaczył coś na dużym ekranie, jest nieporównywalnie trudniej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, kiedy kino było jedynym miejscem, gdzie można było obejrzeć film w dobrej jakości. Dlatego kino stało się zachowawcze. Np. w Hollywood decydują się często na czwartą, piątą czy szóstą część albo remake czegoś, co jest sprawdzone – wyjaśnia Andrzej Saramonowicz. Dodaje, że na więcej ryzyka mogą sobie dziś pozwolić telewizje albo tacy producenci jak Netflix. – To ryzyko często na poziomie pilota, ale jak się już uda złapać emocjonalnie widza, to można go wieźć przez wiele sezonów. Wtedy można ryzykować z nowymi twarzami. Polskie kino i polska telewizja są o wiele kroków do tyłu, w stosunku do tych mechanizmów, które opisuję, ale próbują zachowywać się podobnie – mówi Andrzej Saramonowicz. Jest dwóch Andrzejów W wywiadzie pojawia się też kilka wątków osobistych. Andrzej Saramonowicz opowiada o tym, że stale ma w sobie niepokój twórczy. – Jeżeli osiągnę jakiś etap, to on przestaje mieć dla mnie znaczenie. Mnie buduje dochodzenie do czegoś. Cały czas czuję nienasycenie, że czegoś nie potrafię – mówi. To jest jeden z powodów, dla których na razie nie ciągnie go z powrotem do komercyjnego kina, a realizuje się raczej w literaturze. Intrygujący jest motyw swego rodzaju podwójnego życia, jakie prowadzi Andrzej Saramonowicz. Twórca przyznaje wprost, że ma dwa oblicza, z których znamy tylko jedno, a drugie jest schowane za podwójną gardą. Kim są te dwie postaci? – Jedna to Andrzej Saramonowicz prywatny, którego ja bardzo chronię, a druga to Andrzej Saramonowicz publiczny, który jest rolą. Ludzie, kiedy to słyszą, mówią: dlaczego kłamię. Ja nie kłamię, wymyśliłem sobie pewien wizerunek publiczny, dlatego że pracując wiele lat w mediach zrozumiałem, że jeżeli ja tego nie zrobię, media zrobią to za mnie i nie będę miał nad tym kontroli. Sam mogę dorobić sobie gębę i narzucić ją innym – zaznacza. W wywiadzie, w programie „Z tymi co się znają”, Andrzej Saramonowicz odsłania swój wizerunek publiczny, ale nie brakuje tam pikantnych tematów. Twórca opowiada o tym, jak to się stało, że Robert Więckiewicz odmówił zagrania głównej roli w „Testosteronie”, a także dlaczego obecny wzorzec mężczyzny męczy zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Program „Z tymi co się znają” można oglądać na kanale Browar Namysłów TV I nie było wątpliwości – tylko on mógł zagrać Lecha Wałęsę. Niewiele o nim wiadomo. Unika roli celebryty. Nie tańczy na lodzie, nie walczy na głosy. Rzadko udziela wywiadów. Kim naprawdę jest Robert Więckiewicz i jakie kryje tajemnice, sprawdzał Roman Praszyński. Ciemna sala wytwórni filmowej. Andrzej Wajda puszcza Januszowi Głowackiemu fragmenty swojego filmu o Lechu Wałęsie. Na ekranie kadry dokumentalnych filmów ze stoczni. W miejsce Wałęsy Wajda wkleił cyfrowo Roberta Więckiewicza. Głowacki, który napisał do filmu scenariusz, patrzy zadziwiony. Głowę by dał, że to „prawdziwy” Lech. „Więckiewicz Wałęsę wyczuł i poczuł. To powinna być wielka rola”, ocenia. „Nie ma sensu szukać tajemnicy jego aktorstwa. Na jednych chce się patrzeć, na innych nie. To charyzma. Ma to paru wielkich aktorów amerykańskich i paru rosyjskich”. Twardziele też płaczą Łódzkie kanały. Ciemno, zimno. Ekipa Agnieszki Holland kręci film „W ciemności”. Historię o lwowskim cwaniaczku – w tej roli Robert Więckiewicz – który ratuje Żydów, ukrywających się w kanałach. Aktor grający uciekającego z getta Żyda rzuca się na niego. Szarpią się. W czasie walki lampa parzy Więckiewicza w szyję. Tego nie ma w scenariuszu. Robert krzyczy z bólu. Karetka zabiera go do szpitala. Na planie ponury nastrój. Co robić? „Kręciliśmy ujęcia, w których nie było Roberta, i czekaliśmy”, wspomina Agnieszka Grochowska. Następnego dnia Robert Więckiewicz wraca. Poparzony. Zaciska zęby. Nie da po sobie poznać, że go boli. Gdy trzeba, jest twardzielem. Zwłaszcza w tej historii. Przejmującej i tragicznej. Dotykającej najciemniejszej strony ludzkiej natury. Widzowie na pokazach płaczą. „Ten film to potworne obciążenie”, mówi Grochowska. „Taka konfrontacja z Holocaustem zapada głęboko w psychikę. Trudno się od niej uwolnić”. Robertowi zajmie to blisko rok. „Potrzebowałem 10 miesięcy, żeby wyzerować i wrócić do Roberta”, powie w wywiadzie dla „GW”. „Nie zrobiłem w tym czasie żadnego filmu. Musiałem dać sobie na luz”. Wysiłek się opłaca. „W ciemności” polskim kandydatem do Oscara. Według krytyków filmowych lepszy od „Listy Schindlera” Stevena Spielberga i „Pianisty” Romana Polańskiego. Reżyserka chwali aktora z pasją: „Wszystkie role Roberta były bardzo dobre. Ale tutaj przekroczył sam siebie. To nasz polski Sean Penn”. Twarz recydywisty. Na czole blizna. Znak bojowej młodości. „Kiedyś byłem totalnym cholerykiem, wariatem”, wspomina Robert Więckiewicz. „Lubiłem się bić. I byłem w tym dobry”. Chłopak z Nowej Rudy. Rocznik 1967. Ojciec – górnik, matka – pielęgniarka. Razem z młodszą siostrą mieszkają na robotniczym osiedlu. W domu się nie przelewa. Gdy prosi mamę o resoraka, słyszy, że nie ma pieniędzy. Całe dnie na podwórku. Biega za piłką. Jest w tym coraz lepszy. Biorą go do klubu. „Obiecujący napastnik, miał dobry drybling, mocny strzał”, wspomina Jacek Cichański, towarzysz młodzieńczych zabaw, dziś nauczyciel. Słuchają rocka: AC/DC, Scorpions, Black Sabbath. Dla szpanu czytają Tomasza Manna. I dla podrywu. „Robert miał powodzenie u dziewczyn. Potrafił zauroczyć zachowaniem, bogatym słownictwem”. Niestety z marzeń o byciu sławnym piłkarzem nici. Kontuzja kręgosłupa. Szpital. Grozi mu wózek inwalidzki. Więc młody Więckiewicz może tylko chodzić z kumplami do kina Barbara. Oglądają wszystko, jak leci. „Potem na ławkach przy blokach opowiadaliśmy sobie te filmy”, dodaje Cichański. „Robert wcielał się w postacie. Po »Wejściu smoka« był Bruce’em Lee”. Nie chce być górnikiem. Za dużo naoglądał się w rodzinie 40-letnich mężczyzn z pylicą. Idzie do technikum budowlanego w Legnicy. Tam wpada w oko nauczycielce, która prowadzi kółko teatralne. Ma zostać aktorem? Czemu nie? Zwłaszcza że tak może wymigać się od wojska. Uzależniony od adrenaliny. Jeszcze niedawno Robert Więckiewicz łaził po przęśle mostu w Poznaniu. Wódka i przepaść – tego potrzebuje, żeby poczuć, że żyje. „Robert lubi wypić, jak wielu aktorów”, ocenia Olena Leonenko, która zagrała z nim w filmie „W ciemności”. „Ale nigdy nie widziałam, aby nadużył alkoholu”. Co innego wspominają koledzy ze studiów. Do wrocławskiej szkoły teatralnej zdaje w 1989 roku. Rzeczywistość jest taka szara. Trzeba ją podkręcić. Więc imprezy, gwałtowne romanse. Więckiewicz zakochuje się w koleżance ze studiów. Dziewczyna kilka lat później zginie w wypadku samochodowym. Jego relacje z kobietami są burzliwe. Nie jest grzecznym chłopcem. Energetyczny, gwałtowny. Urodzony wodzirej. Potrafi rozśmieszyć każdego. Uwielbia być w centrum zainteresowania. Ale „bania” to nie wszystko. Robert Więckiewicz ma boski dar. Pierwsza dostrzega to Teresa Sawicka, aktorka wrocławskiego Teatru Polskiego, wykładowca w szkole teatralnej. Na dyplom przygotowuje z uczniami „Zbrodnię i karę” według Dostojewskiego. Więckiewicz jest jednym z trzech Raskolnikowów. Musi zamordować staruszkę siekierą. „Powiedziałam im: »Wyobraźcie sobie, że zabiliście. Weźcie na siebie ten ciężar. Tylko wtedy możecie być autentyczni«”, mówi Sawicka. Studenci kombinują wiele dni, coraz bliżej do egzaminu. W końcu poddają się w uczelnianym barku: „Pani profesor, tego nie da się zrobić”. Wracają na salę prób. Tam siedzi Więckiewicz w paltociku. „A ja spróbuję”, mówi. I odgrywa wielki półgodzinny monolog Raskolnikowa. Jest przerażający. Niesamowity. „To było genialne”, mówi Sawicka. „W całym moim teatralnym życiu tylko kilka razy spotkało mnie coś podobnego. Gdy skończył, mogłam powiedzieć jedno: »Idziemy na wódkę!«”. Na studiach Robert Więckiewicz kumpluje się z Robertem Gonerą. Początki są trudne, bo Gonera go „fuksuje”. Gdy widzi Więckiewicza – studenta pierwszego roku – na korytarzu uczelni, każe mu robić „tygryska”. Biedny Więckiewicz staje na palcach z dłońmi pod brodą. Ale zostają przyjaciółmi. Razem zagrają w „Samowolce”, ostrym filmie o żołnierskiej fali. Zdobędę Oscara! Brzydki jak noc. Za to kochają go kobiety. I za głos. W Poznaniu, gdzie po szkole trafia do teatru, dziewczyny same chcą, aby je podrywał. „Uwodzę kobiety mimo woli”, tłumaczy Robert Więckiewicz. „Nieraz sam się dziwiłem, jak mi się to udaje. Przecież nie jestem klasycznym przystojniakiem. Myślę, że to był syndrom »pięknej i bestii«. Może silny, brzydki facet to jest jakaś konkretna propozycja?”. W Poznaniu mieszka bardzo skromnie, w kawalerce, którą na peerelowskim osiedlu wynajmuje teatr. Miłosne gniazdko? Kobiety do niego lgną, ale nie zawsze potrafi to docenić. Czasem górę bierze chuligan. Jedną z nich uderzył. Wstydzi się tego do dzisiaj. „Byłem chamem, uważałem, że skoro mnie sprowokowała, to jestem usprawiedliwiony”, ocenia sam siebie. Od jego dawnej kochanki słyszę, że jest świetnym kumplem, kolegą do zabaw, ale żaden z niego towarzysz na wspólne życie. Chorobliwie zazdrosny, śledził ją. W Poznaniu gra dużo, ale nie jest zadowolony. Zżera go ambicja. Pragnie wielkiej kariery. Marzy o filmowych kreacjach. Na spacerze klęka przed ładną dziewczyną i woła: „Dla ciebie zdobędę Oscara!”. Pomaga mu dyrektor poznańskiego teatru. Wyrzuca go w 1998 roku. Robert Więckiewicz boi się, ale jedzie do Warszawy. Na początku jest kiepsko. Mieszka u rodziny. Nie ma pracy, oszczędności topnieją. „Co ja będę jadł?”, pyta przyjaciela, Pawła Łysaka, reżysera. „Nie przejmuj się, będziesz przychodził do mnie na obiady!”, pociesza Łysak. Wspólnie zakładają Towarzystwo Teatralne, grają „nowych brutalistów”, prowokujące, obrazoburcze sztuki. W teatrach, ale też w starych fabrycznych halach. Są jedną z pierwszych prywatnych grup teatralnych w Polsce. Ich „Shopping and Fucking” zyskuje rozgłos. Do swojego zespołu przyjmuje Więckiewicza Grzegorz Jarzyna, szef artystyczny Teatru Rozmaitości. To awans. Jak młody Jean Gabin Rozmaitości wyrastają na czołową scenę w kraju. Robert Więckiewicz może być dumny. Ale życie wystawia go na próbę. Po początkowych zachwytach Jarzyna krytykuje go totalnie. Robert słyszy, że nie nadaje się do niczego. Jest załamany. Traci wiarę w swoje siły. Myśli, żeby rzucić aktorstwo. Jednak święty Wit, patron aktorów, ma go w swojej opiece. W 1999 roku w spektaklu „Ogień w głowie” ogląda Więckiewicza Andrzej Saramonowicz. „Nie miałem pojęcia, kto to jest, ale był tak intensywny i skupiający na sobie uwagę, że zdecydowałem się powierzyć mu rolę samego siebie w debiutanckim filmie »Pół serio«, który w 2000 roku ostro namieszał na festiwalu w Gdyni”, wspomina Saramonowicz w tygodniku „Wprost”. Zostają przyjaciółmi. W sztuce Saramonowicza „Testosteron” zagra kelnera Tytusa. „Zaprosiłam znajomego kelnera, aby pokazał Robertowi, na czym polega sztuka ustawiania zastawy na stole, cały kelnerski sznyt. Robert wspaniale zbudował swoją rolę. Wcielił ją w swoje ciało”, wspomina Olena Leonenko, która do „Testosteronu” pisze muzykę. Przedstawienie jest wielkim hitem. Zabawne, świeże, prowokujące. Robert odzyskuje wiarę w siebie. Ale nie chce zagrać w filmowej wersji „Testosteronu”. Zastępuje go Borys Szyc. Przyjaźń z Saramonowiczem stygnie. Lecz święty Wit nie próżnuje. Reżyserzy ustawiają się w kolejce. Następny jest Juliusz Machulski. „Na próbach do filmu »Pieniądze to nie wszystko« Stanisława Celińska powiedziała mi, że jest u niej w teatrze piekielnie zdolny aktor Robert Więckiewicz”, opowiada Machulski. „Zaprosiłem więc go na zdjęcia próbne. Kiedy zobaczyłem, że w dodatku wygląda jak młody Jean Gabin, wiedziałem, że ma wielki aktorski potencjał. Takie rzeczy się czuje szóstym zmysłem. Niestety, została mi jedna nieobsadzona rola, ale za to – kominiarza. I tak się zaczęła nasza współpraca i przyjaźń”. Zrobią wspólnie siedem filmów. Kolejny już czeka. Robert Więckiewicz uwodzi reżyserów swoją twarzą bandyty. Zostaje czołowym gangsterem kraju. Biega z giwerą, klnie, bije, terroryzuje. „Sfora”, „Kryminalni”, „Świadek koronny”. Nie ma sensacyjnego filmu bez jego udziału. To najbardziej spektakularna kariera ostatnich lat. Pamiętam, jeszcze niedawno widywałem go na Saskiej Kępie, gdzie mieszka w domu z ogródkiem. Urodziny synka wyprawiał w parku Skaryszewskim. Jeździł tramwajem. Dziś już go nie widuję. Status gwiazdy obowiązuje. Przenosiny do Warszawy okazały się najlepszym wyborem jego życia. Nie tylko dlatego, że pokochało go kino. Również dlatego, że tu spotkał przyszłą żonę. Natalia Adaszyńska była kierownikiem literackim w Teatrze Rozmaitości. Mają syna. I tyle o nich wiadomo. Dzwonię do Natalii, która jest menedżerką męża. I słyszę, że Robert jest zajęty – gra Wałęsę u Wajdy. Więc nie ma czasu na rozmowy. A ona? Też nie. Ustalili z mężem, że bronią prywatności. Cóż, muszę zabawić się w detektywa. „Energiczna, kontaktowa, uśmiechnięta”, Piotr Najsztub chwali Natalię Adaszyńską. Była researcherką w jego programie „Tok-Szok”. Wynajdowała rozmówców, a ponieważ byli to zwykli ludzie, dodatkowo przygotowywała ich do występu przed kamerą. Pełna empatii i cierpliwości. „Cierpliwość na pewno przydaje się jej przy boku męża aktora”, dodaje Najsztub. „Aktor to z zasady człowiek o trudnym charakterze”. Robert Więckiewicz sam przyznaje, że nie jest łatwy. „Miewam permanentną depresję. Bywam wtedy bardzo słabym człowiekiem”, zdradza. „Mam momenty zwątpienia w siebie. Zmuszam się do wstawania rano z łóżka”. Na szczęście trafił na silną kobietę. „Natalia jest kierowniczką w tym małżeństwie”, ocenia koleżanka. I błaga o anonimowość. „Robert chętnie zgadza się na taki układ. Jest drugim dzieckiem…”. Nawet jeżeli jest dzieckiem, to dojrzałym. W tym roku skończy 45 lat. Jest świadomym siebie człowiekiem. I docenia Natalię. „Nasze spotkanie zeszło się w czasie z moim dojrzewaniem”, powiedział VIVIE! przed paroma laty. „Byłem już po trzydziestce i uznałem, że wystarczy tego lekkiego i hulaszczego życia”. Choć nie wierzy w monogamię, bardzo się stara. „Ja bym chciał poznać kobietę, z którą jestem, a to nie jest proces obliczony na pięć, dziesięć czy piętnaście lat”, tłumaczy. „A skoro odbijam się w niej, jak w lustrze, to poznając ją, poznaję siebie”. Wbrew pozorom ma melancholijną duszę. „Postarzałem się”, konstatuje. W amerykańskim stylu Lwów zimą podczas wojny. Dziesięciu wisielców obraca się na wietrze. Ofiary hitlerowców. Obok Olena Leonenko sprzedaje jabłka na starganie. Robert Więckiewicz kupuje kilka. To kadry z filmu „W ciemności”. „Robert miał tam do zagrania trudną scenę”, opowiada Olena. „Ale miał w sobie tyle troskliwości, żeby pytać, czy nie zmarzłam, może chcę herbaty?”. Zna go od lat: „Więcol jest głęboko dobrym człowiekiem. Ma udane prywatne życie, wspaniałą rodzinę, dzięki temu jest absolutnie żywy na ekranie. To czysto amerykańskie aktorstwo. Lubię obserwować jego twarz, gdy wyraża tysiące najdrobniejszych emocji”. Gabriela Muskała trzy razy była jego żoną. Ostatni raz w „Wymyku” Grega Zglińskiego, którego jest prawdziwą żoną (trochę to skomplikowane). Robert Więckiewicz gra tam Alfreda, człowieka, który nie stanął w obronie katowanego przez bandziorów brata. I dlatego wali mu się świat. „Robert w tej roli całkowicie się otworzył. Odsłonił cechy, które wcześniej ukrywał: delikatność, wrażliwość, zagubienie, lęk”, mówi Muskała. „Nie grał. Wszedł głęboko w postać. Myślę, że dużo go to kosztowało. Przez miesiąc był Alfredem. To piękne, że ktoś o takiej renomie nie osiada na laurach, wciąż poszukuje”. Machulski też go chwali: „Bardzo mnie cieszy impet, z jakim Robert wszedł do naszej kinematografii, a po roli »W ciemności« wiem, że wsadził także nogę w drzwi z napisem Hollywood”. Sam aktor ma do swoich sukcesów dystans. Konsekwentnie unika roli celebryty. Nie tańczy na lodzie. Nie walczy na głosy. Nie popada w samozachwyt. „Cóż z tego, że zagrałem parę fajnych ról, niech będzie, docenionych, ale nie pracuję po to, by dostać nagrodę. Robię to, bo tak mam”, powtarza. A marzenia o Hollywood? Stać go na autoironię. „Może akurat będą potrzebowali jakiegoś… ukraińskiego pasterza, to wtedy zadzwonią…”. Teresa Sawicka, jego nauczycielka zawodu, wie jedno: „Są gwiazdy i genialni aktorzy. Robert należy do tych drugich”. Tekst Roman Praszyński / Viva! Magdalena Miśka-Jackowska: Czy podczas pracy na planie można mówić o schematach?Robert Więckiewicz: Raczej nie. Zdarza się, że kręcimy scenę w środku dnia, a czasami kręcimy ją w nocy. I wtedy to wygląda zupełnie inaczej. Jeśli kręcimy nad morzem, to jest inaczej, jeśli w Krakowie, to też jest inaczej. Czy jest zimno, ciepło - wszystko ma znaczenie. Pamiętam, że przy "Domu złym" było tak, że wstawaliśmy o godz. 4 rano, żeby dojechać na plan i rozpocząć zdjęcia od razu, kiedy będzie jasno, bo to była zima i dzień był krótki. Za to kończyliśmy wcześniej. Ten rytm filmowy jest zupełnie inny niż taki rytm w z wieloma znakomitymi ekipami filmowymi. Na planie jest zwykle kilkadziesiąt osób. Czyja praca zawsze Cię fascynowała?Kierownik planu i II reżyser to bardzo ważne funkcje. Bez nich film właściwie nie ma szans. To są ludzie, którzy rzeczywiście pracują całą dobę i bez nich wszystko się rozsypuje. Mówię tu o takich różnych drobnych działaniach: trzeba zawołać aktora na plan, trzeba ustawić coś tutaj, przypilnować, powiedzieć "cisza". Na planie zawsze jest chaos - tysiące kabli, rurek, lampek, mnóstwo rzeczy, które trzeba zmieniać, pilnować, uzupełniać. Wszystkie piony mają jakieś swoje obowiązki. A tymi osobami koordynującymi i pilnującymi, żeby było wszystko zapięte na ostatni guzik przed momentem "kamera-akcja", są właśnie kierownik planu i drugi jest z nimi blisko?To są ludzie, z którymi dobrze jest mieć dobry kontakt. W trzech ostatnich filmach, w których zagrałem, czyli w "Wałęsie. Człowieku z nadziei", "Ambassadzie" i "Pod mocnym aniołem" to byli fantastyczni fachowcy. Bardzo chciałbym wyróżnić Marka Cydorowicza, pseudonim "Cydor". W środowisku bardzo znana postać, bardzo barwna. On właściwie jest reżyserem, choć pełni rolę II reżysera. To jest człowiek, który skupia w sobie bardzo wiele talentów i nie tylko takich organizacyjnych, porządkowych, ale również jest bardzo kreatywny i często nawet służy pewną radą, sugestią. Nie boi się tego. Znamy się dobrze. Cenię sobie jego podpowiedzi. Odnoszę wrażenie, że on jest nie do zdarcia. Podziwiam go, bo jest na najwyższych obrotach przez całą dobę i właściwie ja nie wiem, kiedy on śpi, kiedy odpoczywa...?Mówisz o takich ludziach - przypadku filmów, które wymieniłem, ale i innych, ci ludzie zawsze są dla nas, aktorów, dużym wsparciem. Przez okres zdjęciowy, kilkadziesiąt dni, jesteśmy bardzo blisko. Czasami z jakimś pytaniem nie idę do reżysera, żeby mu nie zawracać głowy, tylko pytam właśnie II reżysera. A on musi wiedzieć i wie wszystko. To daje duże poczucie bezpieczeństwa, bo wtedy człowiek nie jest taki zagubiony na tym klaps i...?To jest specyficzny moment, bo coś się kończy. Im więcej daliśmy z siebie w danym projekcie, tym trudniej się rozstać. Często jest wzruszenie. Ale i pewna ulga. Pojawia się wtedy nowe uczucie ekscytacji i pytanie, jak to wszystko wyszło? Co zrobiliśmy? Od razu chciałoby się to zobaczyć. Wszyscy sobie w ekipie dziękujemy. Dziewczyny zawsze robią małe prezenciki, czekoladki. Ja tego nigdy nie umiem robić! (śmiech)Rozmawiała Magda Miśka-Jackowska (RMF Classic)

z tymi co się znają więckiewicz