Materiał zawiera scenariusz lekcji dla nauczyciela; cele w języku ucznia; informacje dotyczące: perspektywy i jej rodzajów (rzędowa, topograficzna, hieratyczna, kulisowa), linii horyzontu, linii kierunkowych i ich wpływie na postrzeganie iluzji przestrzeni na płaszczyźnie; 2 filmy (4:12; 2:57) przedstawiające iluzję przestrzeni; 8 ćwiczeń interaktywnych (1 – polega na wskazaniu
Nie tylko nurkowanie. Wystarczą około 3 dni, aby nauczyć się nurkowania, ale Egipt to nie tylko rafa. To także wycieczki fakultatywne: Kair (m.in. Muzeum Egipskie, meczety, Miasto Umarłych), Giza (piramidy), Dolina Królów, Świątynia w Karnaku, Abu Simbel (świątynie z polskim akcentem), Góra Synaj i wiele innych.
W tych miejscach w okresie od grudnia do lutego słupki rtęci pokazują średnio 7-10°C w nocy i 26-29°C w dzień – to bardzo dobry czas w roku na zwiedzanie i korzystanie z uroków wycieczek fakultatywnych w Egipcie. Od marca do maja 15-21°C w nocy i 34-43°C w dzień, od czerwca do sierpnia 23-26°C w nocy i 46°C w dzień, natomiast od
O której godzinie robi się ciemno? 25 listopada słońce wschodzi o godzinie 07:31 i zachodzi o godzinie 18:05. Słońce to 10 h 34 min. nad horyzontem, światło dzienne. Świt astronomiczny zaczyna się o godzinie 06:09, wieczorne świt astronomiczny kończy się o godzinie 19:28, niebo jest zupełnie ciemne.
Teraz skarpetka poczuła, że robi jej się słabo. Zanim zemdlała zobaczyła, że kobiety są pielęgniarkami. Obudziła się w szpitalu, na stole obok nożyczek, igły i nici. Była cała i zdrowa.
INTERNET W EGIPCIE - Wszystko na temat. Porady i Wskazówki o Podróżach i Atrakcjach w ABC.Podroze.Gazeta.pl
O której godzinie robi się ciemno? 23 listopada słońce wschodzi o godzinie 07:15 i zachodzi o godzinie 15:53. Słońce to 8 h 37 min. nad horyzontem, światło dzienne. Świt astronomiczny zaczyna się o godzinie 05:19, wieczorne świt astronomiczny kończy się o godzinie 17:50, niebo jest zupełnie ciemne.
AO5gxmn. Tamten czwartek, zapowiadał się całkiem zwyczajnie. Aż do godziny 18:30, kiedy znalazłam ofertę idealną… Wakacje w Egipcie za 1200 zł (tydzień, AI). Szybki telefon do Łukasza, do biura podróży, znów do Łukasza i odprawa za 6 h na lotnisku w Katowicach (jedyne 150 km). Trochę zamieszania na lotnisku, później w hotelu, kiedy okazało się, że musimy dostać apartament, bo „niestety” wszystkie zwykłe pokoje są zajęte. Już stojąc w recepcji, wiedzieliśmy, ze to będzie wspaniały tydzień!W ciągu tych intensywnych 7 dni nurkowaliśmy – wyplułam aparat tlenowy 3 metry pod wodą – z wrażenia. Mieliśmy wyprawę po pustyni różnymi środkami transportu, jak quady, spidery, jeeepy i wielbłądy. Byliśmy na wyspie Giftun, gdzie można było poczuć błogie lenistwo w cudownym otoczeniu, zwiedziliśmy była wspaniała (dosłownie) trzecia randka! Tak… Na lotnisku widzieliśmy się dopiero po raz trzeci. Tak się nam spodobało, że po 3,5 roku postanowiliśmy odwiedzić Egipt ponownie. Nasze doświadczenia (weryfikowane rozmowami ze znajomymi, pracownikami biur podróży) postanowiliśmy zebrać w tym wpisie. Jestem przekonana, że okaże się przydatny dla każdego, kto planuje wakacje w Egipcie, a może choć trochę odczaruje zły PR, jaki ma w Polsce Egipt. Zobaczycie, że w tym kraju można robić znacznie więcej niż po prostu wygrzać tyłek przy hotelowym kosztują wakacje w Egipcie? Jak wybrać hotel?„Ile kosztują wakacje w Egipcie” to pytanie, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. To trochę tak, jakby ktoś spytał „ile kosztuje skórzana torebka” – może kosztować 300 zł, może 3000, a są przecież i modele za 30000 zł. W listopadzie i grudniu widziałam oferty na wakacje all inclusive w Egipcie nawet za 700 zł. Da się? Ano da. Pod warunkiem, że jesteśmy całkowicie elastyczni co do daty, nie mamy sprecyzowanych oczekiwań co do standardu hotelu czy jego lokalizacji. Załóżmy więc, że to oferta dla wąskiej grupy odbiorców. Ile kosztują wakacje w Egipcie w praktyce?Pamiętajcie proszę, że jest w tym mnóstwo uogólnień i na pewno znajdzie się ktoś, kto w danej cenie otrzymał zupełnie inny standard. Dla przykładu: za tygodniowy pobyt w tym samym hotelu (AA Grand Oasis), przy zakupie last minute my zapłaciliśmy 1650 zł za osobę (w lutym) a znajomi 2250 zł za osobę (w sierpniu). Załóżmy opcję last minute (zakup co najmniej tydzień przed wylotem) z wyżywieniem all inclusive w średnim sezonie, pobyt tygodniowy (wszystkie miesiące oprócz lipca-września):poniżej 1000 zł – kupuj w ciemno, bo taniej nie będzie, ale po wyjeździe nie narzekaj, że jedzenie nudne, a pokoje średnio sprzątane. Kupując wakacje w Egipcie (czy gdziekolwiek indziej) w takiej cenie w zasadzie pozbawiasz się prawa do wymagań ;).1000-1300 zł – to super oferta! Jeśli pasuje Ci lokalizacja i termin, bierz śmiało. W tej cenie możesz oczekiwać skromnego hotelu z przeciętnym jedzeniem, ale może akurat trafisz na taki z super rafą?1300-1600 zł – to taki bezpieczny standard, na pewno nie przepłaciłeś ;). W tych widełkach (najczęściej) możesz już powybierać spośród kilkunastu ofert1600-2000 zł – w tej cenie możesz oczekiwać czegoś więcej niż tylko kawałka miejsca do spania. Nazwijmy ten przedział „uczciwą ceną”powyżej 2000 zł – możesz przebierać do woli i spodziewać się wysokiego standarduZdarza się tak, że nawet poza sezonem nie da się znaleźć ani jednej oferty poniżej 1600 złotych – tak było w naszym przypadku, gdy zamarzył nam się Egipt w lutym. Mieliśmy do dyspozycji 10 wolnych dni, więc nie mogliśmy czekać na super ofertę. Jeśli macie dylemat last minute czy first minute, odpowiedzcie sobie najpierw na pytanie: na ile elastyczni jesteście co do terminu wyjazdu? Jeśli zakładacie, że chcecie wyjechać np. w ostatnie dwa tygodnie września i macie jasno określoną kwotę maksymalną, to skorzystajcie z opcji first minute. Zakup wycieczki z dużym wyprzedzeniem również wiąże się z dużymi zniżkami. Można wyjechać taniej, niż kupując last minute w szczycie od tego ile chcecie wydać na wakacje w Egipcie czy w jakim terminie planujecie wylot, pamiętajcie o sprawdzeniu opinii o hotelach. Szukajcie informacji na różnych serwisach np: HolidayCheck, czy TripAdvisor. Pamiętajcie, żeby nie przejmować się za bardzo pierwszą lepszą napotkaną opinią. To, że komuś przeszkadza brak bąbelków i gejzerków w basenie nie znaczy, że Ty też oceniłbyś hotel 2/5 ;).Możecie też poszukać noclegu na własną rękę – szczególnie, jeśli planujecie zobaczyć Kair. Wchodzicie na stronę serwisu z mojego specjalnego linku polecającego: i rejestrujecie się w serwisie (program partnerski obejmuje wyłącznie nowe konta). Jeśli w przyszłości zarezerwujecie pobyt na Airbnb to ja dostaję 93 zł za polecenie, a Wy dostaje 93 zł za skorzystanie z polecenia (lub 277 zł, gdy zostaniecie gospodarzami). Uzbierane środki są ważne przez rok od otrzymania, a Wy już przy pierwszej rezerwowanej podróży (powyżej 300 zł) możecie wykorzystać zniżkę. Zachęcam Was do skorzystania z mojego linku? klasyczny przykład win też, że ceny wczasów w tym samym hotelu, opcji wyżywienia i terminie mogą się różnić w zależności od miasta warto skorzystać z nurkowania w Egipcie?Powiem krótko ? jeśli jeszcze nie miałeś okazji nurkować z butlą ? koniecznie musisz spróbować! Serio, Łukasz twierdzi, że to jedno z najciekawszych doświadczeń w życiu. Ja co prawda nie nurkowałam tyle razy co on i nie mam jeszcze certyfikatu PADI, ale w przyszłym roku planuję nadrobić braki!To naprawdę niezwykłe uczucie, kiedy zanurzacie się pierwszy raz pod wodę i możecie swobodnie wziąć wdech. Doświadczenie jest spotęgowane tym bardziej, że przejrzystość wód Morza Czerwonego przekracza często 25m (w Polsce prawie nieosiągalne jest 10m), a wszystko dookoła Ciebie mieni się różnymi kolorami. Rybki ? duże i małe, kolorowe i jednobarwne ? wiele z nich zapewnie widziałeś w akwariach albo w Gdzie jest Nemo. A oprócz rybek i innych żyjątek ? tętniąca życiem rafa koralowa. To niezwykłe, jakie cuda tworzy natura kiedy nie przeszkadza jej człowiek?Mity na temat nurkowaniaNurkowanie to niebezpieczny sport i trzeba cieszyć się doskonałym zdrowiem by móc nurkować ? Prawdą jest, że nurkowanie zaliczane jest do sportów ekstremalnych, jednak należy pamiętać, że mówiąc o wakacjach, mamy na myśli nurkowanie turystyczne ? na niewielkich głębokościach gdzie ryzyko jest zminimalizowane. Oprócz tego samodzielnie nurkować (bez instruktora, ale wciąż razem z partnerem) mogą tylko osoby posiadające odpowiedni certyfikat, a co za tym idzie przeszkolone w zakresie bezpieczeństwa. Jeśli nie mamy certyfikatu, nurkujemy pod okiem instruktora, który odpowiada za nasze zanurkuję bo zjedzą mnie rekiny ? To prawda, że w Morzu Czerwonym są rekiny, jednak każdy doświadczony nurek Ci powie, że spotkanie rekina należy do rzadkości i trzeba mieć nie lada szczęście by tak się stało. Szczęście, ponieważ wbrew powszechnym opiniom rekiny wcale nie mają ochoty Cię zjadać, natomiast widok zapamiętasz do końca życia. Kiedy jednak do tego dojdzie, po prostu nie wtrącaj się w jego sprawy, a wszystko będzie słów o certyfikacie nurkowym PADIIstnieją różne rodzaje certyfikatów, jednak ten wystawiany przez organizację PADI jest najbardziej rozpoznawany i respektowany na całym świecie. Jeśli nurkowania chcemy tylko spróbować ? nie musimy się nim przejmować, możemy nurkować pod okiem instruktora. Jest jednak duże prawdopodobieństwo, że przygoda się nam spodoba i będziemy chcieli więcej. Przykładowo Łukasz, posiadający tylko pierwszy stopień (OWD ? Open Water Diver), mógł praktycznie samodzielnie poruszać się pod wodą, podczas gdy ja cały czas czułam oddech instruktora na swoim karku (a raczej bąbelki powietrza).Łukasz opowiadał mi, że pierwszy stopień ? OWD, uprawnia do nurkowania do głębokości 18 metrów wraz z partnerem, a samo szkolenie polega przede wszystkim na poznaniu teorii nurkowania, praktycznej nauce procedur bezpieczeństwa np. jak radzić sobie kiedy mamy mało powietrza, doskonalenia techniki poruszania się pod wodą oraz rzeczy typowo praktycznych, jak np. pozbycie się wody z maski bez konieczności wynurzania. Koszt to ok. 1200 zł ? w zależności od tego czy zależy nam na polskim instruktorze. Można odbyć kurs nurkowania w Polsce np. w basenie, jednak warto skorzystać z okazji i przejść szkolenie na wakacjach. Wydajemy te same pieniądze, a zyskujemy coś więcej niż tylko fakultatywne w Sharm el SheikhNarzędzie zbrodni – widzieliście już na filmiku co na pustyni wyczyniał kierowca? 🙂Wycieczki fakultatywne w Egipcie można zakupić na cztery sposoby:w polskim biurze podróży przy zakupie wczasówu rezydenta w hoteluw internetowych biurach, zajmujących się sprzedażą wycieczek fakultatywnychw biurze podróży w Egipcie… czy na egipskiej plaży 🙂Opcje pierwsza i druga charakteryzują się w zasadzie takimi samymi – najwyższymi – cenami. Zyskujemy opiekę rezydenta na miejscu… i w zasadzie to jedyna różnica w porównaniu z pozostałymi opcjami. Zakup wycieczek fakultatywnych za pośrednictwem polskiego biura podróży, z którym wyjeżdżamy na wczasy to opcja najdroższa, najwygodniejsza i najbezpieczniejsza. Opcja zakupu przez internet jest atrakcyjniejsza cenowo od poprzedniej, często można trafić na promocje (szczególnie przy zakupie większej ilości wycieczek).Jeśli zależy Wam na tym, by załatwić wycieczki fakultatywne najtaniej, zdecydujcie się na wykupienie ich w lokalnych biurach podróży/u plażowych handlarzy. Ta opcja może wydawać się nieco niebezpieczna, ale na własnej skórze przekonaliśmy się, że warto zaryzykować, bo w praktyce… ryzyka nie ma. Z handlarzami można umówić się na płatność za poszczególne wykupione wycieczki bezpośrednio przed ich rozpoczęciem, podsyłają kierowcę pod wyznaczony hotel. Najczęściej przewodnicy mówią po angielsku, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by przed zakupem zapytać o możliwość wykupienia wycieczki z przewodnikiem w praktyce nie ma różnicy między wykupieniem wycieczki w polskim biurze, a na egipskiej plaży? W dniu wycieczki fakultatywnej z hotelu odbierze Cię kierowca o umówionej godzinie. Zbierze kilka osób z okolicznych hoteli i dowiezie Was do punktu większej zbiórki. Wycieczki fakultatywne w Egipcie mogą być sprzedawane przez różnych pośredników, ale najczęściej każda oferta dotyczy tego samego produktu. Całkiem zabawnie było słyszeć na statku, którym dopływaliśmy do raf, że inni uczestnicy zapłacili za całą zabawę dwa razy więcej :). Kupując wycieczki fakultatywne na plaży czy w centrum kurortu (my wykupilismy nasze na Old Market w Sharm el Sheikh) nie wpłacajcie dużych zaliczek, a na każdą wpłatę bierzcie pokwitowanie. Mają dość standardowe druczki, w których notuje się numer telefonu, imię i nazwisko, nazwę oraz pokój hotelu, godzinę odbioru przez kierowcę i przede wszystkim: wpłaconą kwotę i określoną resztę do negocjowanie cen dotyczy również zakupu wycieczek fakultatywnych. Póki co wymienię tylko te atrakcje, z których korzystaliśmy przy okazji ostatniego wyjazdu, ale w ciągu najbliższych dni zaktualizuję tekst o najpopularniejsze dostępne w Egipcie wycieczki Kanion + snurkowanie w okolicach Blue Hole – wycieczka fakultatywna z Sharm el Sheikh, która wiązała się z trwającą około 1,5 h podróżą do miejsca docelowego. Przeszliśmy przez Kolorowy Kanion, jeździliśmy jeepami po pustyni, zostaliśmy przewiezieni nad wybrzeże, gdzie wielbłądami ruszyliśmy w okolice Blue Hole w Dahab. Jest to niesamowita morska studnia o głębokości 102 m i średnicy 60 m, a piękna rafa koralowa na wyposażeniu czyni ją jednym z najciekawszych miejsc do nurkowania na świecie – chętnie wrócę tam którejś zimy, by zrobić certyfikat nurkowy. Piękne koty i pycha obiad tylko dopełniły całości. Wycieczka zakupiona w Mario Tours na Old Market kosztowała nas około 45$ na głowę, podczas gdy w polskim biurze podróży zapłacilibyśmy 50$ bez zwiedzania Dahabu, snurkowania przy Blue Hole i przejażdżki wielbłądami wzdłuż wybrzeża (polskie biura rozbijają te atrakcje na dwie wycieczki: Kolorowy Kanion około 45$ i Abu Galoum – Dahab – za nawet 70$).Blue Hole | źródło: w okolicy wyspy Tiran – naprawdę przy pierwszym zejściu pod taflę wody otworzyłam usta z wrażenia :). Pierwszy oddech pod wodą jest niesamowity, a podwodnej faunie i florze możecie przyjrzeć się lepiej na naszym filmie. Koszt dwóch nurkowań z butlą, posiłku na statku to około 50$, a w polskim biurze zapłacilibyśmy po 75$.Widok na Old Market z knajpki położonej na wzgórzu. Shisha paskudna, widok Market – nie decydowaliśmy się na zakup wycieczki do Old Market, a po prostu wzięliśmy taksówkę za kilka dolarów. Jest to przede wszystkim targowisko, na którym trzeba wykazać się ogromną asertywnością. Odwiedzając Old Market warto kupić orientalne przyprawy i herbaty – rewelacyjna jakość produktów, a cena zachęcająca nawet przed rozpoczęciem – nasz hotel AA Grand Oasis położony był około 500 metrów od centrum rozrywki Soho. Było to miejsce, które zrobiło na mnie najgorsze wrażenie w całym Egipcie, bo aż kipiało kiczem, plastikiem i sztucznością. Po lewej sushi, po prawej hot dogi, przed nami pub z irlandzkim piwem, ale tradycyjnej kuchni egipskiej na próżno szukać. Centrum rozrywki Soho jest wszystkim, czego najbardziej nie lubię w latawco-spadochronem – zakupiony na hotelowej plaży, finalnie za 150 zł (za dwie osoby). Sam lot trwa około 10 minut, a „wycieczka” około godziny – trzeba dopłynąć motorówką do punktu docelowego, zabierani byliśmy z hotelowego pomostuPrzerwa na reklamę. Nawet nie wiecie jakie spojrzenie Monika posyłała mi, kiedy szedłem za nią z całym sprzętem potrzebnym do wykonania poniższych ujęć. Chciałem, żebyście mogli rozejrzeć się po kanionie tak jak my, dlatego oprócz normalnych zdjęć wykonałem kilka panoram 360° i umieściłem w Google Views. Mam nadzieję, że było warto i nie widzieliście czegoś takiego na innym nie fotografuję w ten sposób przyrody, a wnętrza lokali – jako Brand 360 zajmuję się zawodowo fotografią wnętrz firm i tworzeniem wirtualnych spacerów Google Business View. Jeśli więc chciałbyś wypromować swoją firmę, albo masz znajomego, który chętnie skorzystałby z mojej pomocy – Dr Lifestyle załatwi rabat;)Wakacje w Egipcie: Hurghada czy Sharm el Sheikh?Hurghada 2011Oba kurorty – Hurghada i Sharm el Sheikh są do siebie bardzo podobne. Można jednak dopatrzeć się między nimi kilku różnic:w Hurghadzie zejście do morza jest łagodniejsze, za to w Sharm el Sheikh łatwiej o rafę przy hotelu(statystycznie) w Hurghadzie wieje silniejszy wiatr niż w SharmSharm jest nieco bardziej nowoczesne i rozrywkowe – znajdziecie tu Hard Rock Cafe, klub Pacha, centrum rozrywki Soho i Naama Bayprzez łagodniejsze zejście do morza – czyli płyciznę nawet daleko od brzegu, woda wydaje się bardziej lazurowa. Jest zdecydowanie bardziej fotogeniczna 🙂Jak uniknąć zemsty Faraona?Zemsta Faraona popsuła już nie jeden urlop w Egipcie. Na szczęście można jej uniknąć. Nie przeczytacie tu litanii o unikaniu jedzenia warzyw i owoców – fakt, są płukane egipską kranówą, ale nie sposób być w takim miejscu i rezygnować z tego, co najlepsze w restauracyjnym bufecie. Wbrew pozorom lód w drinkach nie jest największym wrogiem, bo standardem jest przygotowywanie go z wody mineralnej (możecie się upewnić pytając barmanów). Można zapobiec uciążliwym bólom brzucha i biegunkom przez odpowiednią profilaktykę. Tydzień przed przyjazdem warto zadbać o florę bakteryjną jelit – naturalnymi probiotykami (jak np. kiszonki, kefir czy maślanka) lub tabletkami stosowanymi zazwyczaj po antybiotykoterapii (farmaceuta bez problemu pomoże wybrać odpowiednie). Warto też zaopatrzyć się w laremid czy smectę, by móc zadziałać od razu przy najwcześniejszych zimąEgipt w lutym. Zachmurzenie (polskiej) porze zimowej, Egipt to chyba najbardziej pewna i rozsądna opcja, jeśli zależy nam na tym, żeby się wygrzać i jednocześnie nie płacić fortuny. Kiedy planowaliśmy urlop w lutym, braliśmy pod uwagę różne, typowo turystyczne destynacje: Wyspy Kanaryskie, Turcję, Tunezję, Maroko no i Egipt. Kiedy jednak przejrzeliśmy wykresy klimatyczne średnich temperatur oraz aktualne prognozy pogody, przestaliśmy mieć jakiekolwiek wątpliwości. Prawie wszędzie było po prostu zimno, albo było wysokie prawdopodobieństwo opadów. Oczywiście jest jeszcze druga półkula oraz inne odległe miejsca, gdzie pogoda w tym czasie by nam odpowiadała, ale powiedzmy wprost – to poza naszym zasięgiem w Egipcie zimąŹródło: WikipediaRzut oka na powyższy klimatogram wszystko wyjaśnia. Latem jest upalnie, a zimą… może trochę chłodniej jak w Polsce latem. I to bez deszczu! Za to właśnie lubię tamten rejon – decydując się na wakacje w Egipcie, wybieramy pewną pogodę. Oczywiście nie zlekceważyliśmy informacji, że średnie najniższe temperatury wynoszą nieco ponad 13°C, dlatego wzięliśmy ze sobą bluzy:) Przeglądałam też przez tydzień Insta w poszukiwaniu zdjęć otagowanych #Egypt lub #Sharm, żeby na własne oczy zobaczyć jak sprawy się miejscu okazało się, że jest dokładnie tak jak się spodziewaliśmy. Egipt zimą nie rozpieszcza upałami, ale na pewno można liczyć na ogromną dawkę słońca i temperatury powyżej 20°C. Doszliśmy też do wniosku, że należy sugerować się nie tylko temperaturą powietrza, ale też wody – a ta była wyższa niż w Bałtyku latem i wynosiła ponad 22°C. Nie ukrywamy, że wiatr który wiał w pierwsze dni naszego pobytu nie zachęcał do wejścia do morza – kiedy jednak się przełamaliśmy, każdego kolejnego dnia wskakiwaliśmy do wody bez wahania. Łukasz był tak zafascynowany rafą przy hotelu, że ciężko go było wyciągnąć z to jest z napiwkami w Egipcie?Nasz ulubiony kelner. Zdecydowanie umilał nam czas wieczorami, kiedy próbował nauczyć nas profesjonalnego palenia shishy :).O ile w Polsce napiwek jest traktowany raczej jako gest dobrej woli, forma podziękowania za miłą obsługę, tak w Egipcie jest czymś więcej. Bakszysz, bo tak nazywa się napiwek w Egipcie, jest elementem kulturowym, głęboko zakorzenionym e Egipskich zwyczajach i wręcz wskazane jest częste jego wręczanie. Zasadą jest, że lepiej dawać częściej małe napiwki, niż większe rzadziej. I tak, wybierając się do Egiptu, warto mieć przygotowany spory plik jednodolarówek. Wręczamy go praktycznie na każdym kroku: kierowcy za podróż, osobie sprzątającej pokój, obsłudze hotelowej, jeśli wychodząc z pokoju nie zostawimy 1 dolara na stoliku, nasz pokój wcale nie będzie gorzej posprzątany po powrocie. Jednak kiedy go zostawimy, okaże się że mamy przykładowo dodatkową butelkę wody, a wszystkie ręczniki w łazience są świeże, mimo że nie było konieczności ich wymiany. Barman przy kolejnej kolejce szybciej nas obsłuży, bardziej się postara przygotowując drinki itp. Kiedy robiliśmy finansowe podsumowanie wyjazdu, okazało się, że na napiwki poszło 20$ więcej niż było to konieczne, z tego tylko względu, że bywały sytuacje, kiedy nie mając pojedynczego dolara, dawaliśmy więcej. Warto więc mieć ze sobą chociaż 50 banknotów, ponieważ załatwianie tego na miejscu zawsze wiąże się z jakąś waluta do Egiptu ? Euro czy Dolary?Dolary. Jeśli weźmiesz ze sobą Euro – na pewno na tym stracisz. Wynika to z tego, że miejscowi nie tylko nie przepadają za Euro, ale też nie ma dla nich różnicy między tymi walutami, wg ich przeliczeń 1$ = 1?. Chyba nie muszę Cię przekonywać, że można odczuć różnicę, kupując komplet wycieczek za 500$ zamiast za 500?.Natomiast jeśli już popełniłeś ten błąd i zabrałeś Euro do Egiptu, warto je wymienić na miejscu na Funty Egipskie (EGP) – w naszym hotelu była nawet specjalna przystosowana do tego maszyna, która pełniła też funkcję bankomatu. Dzięki wymianie unikniemy niekorzystnych przeliczeń u lokalnych sprzedawców. Apropos…Jak nie dać się naciągnąć w EgipcieO ile w hotelu jesteśmy w miarę bezpieczni, tak opuszczając jego granice prawie na pewno zostaniemy zbombardowani… milionem różnych ofert. Lokalni sprzedawcy nie dają za wygraną, każdy próbuje zachęcić by wejść do jego sklepu i (rzekomo) tylko się rozejrzeć. Wygląda to mniej więcej tak:– Hello! Jur from?– Poooland…– Ooo, jak się masz? (albo Adam Małysz! / Herbatka u Tadka)– Super, dziękuję! Ale nic nie potrzebujemy– Mam tu zajebista cena! Ruski?– No, only English– Ok my friend, I make a speszal diskont for you!– No, thanks!– Dżast luk / only luk arand!I tak by przejść przez Old Market, trzeba odegrać tę scenkę kilkanaście razy. Gorzej niż z na Old jednak już się nam coś spodoba, przykładowo przyprawy i zapytamy How much?… zaczyna się prawdziwe targowanie. A zapytać trzeba, bo coś takiego jak naklejka z ceną w Egipcie nie sprzedawca coś liczy, często na kalkulatorze (na pokaz) i wypala:– Forti Egypszians! (40 EGP = ok. 20 zł)– In Dollars?– 7 Dollars (z poważną miną)Pokazujesz kalkulator, że wychodzi 5$– Aaah, sorry, 5$, yes…– But 5 dollars? I can give you only 2$, 5$ is too much!– No my friend! Why!? Look! Good quality!I tutaj w zależności co kupujemy, następuje demonstracja zalet:płetwy – wyginanie na wszystkie strony jako dowód że kupujemy silikonowe, a nie – pokazywanie jaka ciężka i solidna,przyprawy – nabieranie na palce i przystawianie do nosa by poczuć zapachkoszulki/ubrania – rozciąganie materiału i zapewnianie że nadruk się nie spierzeOstatecznie, sprzedawca robi smutną minę, udając że traci i pada:Ok my friend, 3$ but this price is only for w ten sposób płacimy 12 zł zamiast mamy pojęcia w jaki sposób handlarze często z daleka rozpoznawali, że jesteśmy Polakami (nie nosiliśmy przecież japonek na białych skarpetkach), ale zauważyliśmy, że im bardziej jesteśmy opaleni, tym mniej nas atakują – chyba zdają sobie sprawę, że po kilku dniach turyści się uodparniają 🙂Przy negocjacjach pomocne będą argumenty:Kilka sklepów wcześniej, proponowano mi to samo za pół cenyTo mój ostatni dzień pobytu, nie mam już pieniędzyDam za to 3$ bo muszę mieć jeszcze na taxi5$? Ehh mam tylko 3$ i pewnym krokiem odchodzimy (sprzedawca na pewno nas zatrzyma)Musimy bardzo uważać zwłaszcza kiedy sprzedawca podaje ceny w różnych walutach – w pewnym momencie zamiesza tak, że się pogubimy i nie nadążymy przeliczać. To co nam znacznie ułatwiło sprawę to konwerter walut na telefon OANDA Currency Converter – pozwala on w błyskawiczny sposób przeliczać kwoty między wybranymi walutami zgodnie z aktualnym kursem. Naprawdę Polecam!Jaki sprzęt foto/video zabrać na wakacje w Egipcie?Nie jestem przekonana, czy jesteśmy odpowiednimi osobami, które należy o to pytać… Bo jak się nad tym zastanowiłam, to mieliśmy ze sobą łącznie 5 urządzeń, które rejestrowały nasz pobyt:lustrzanka cyfrowa z 2 obiektywami: standardowym zoomem (17-50mm) oraz ultraszerokokątnym (8-15mm),telefon Łukaszamój telefonkamera sportowaaparat do zdjęć i filmów pod wodąOczywiście lista nie byłaby tak długa (a nasze walizki ważyłyby 10kg mniej), gdyby nie zboczenie Łukasza. Oprócz tego wziął też ze sobą statyw fotograficzny – i to nie ten z tych lekkich i kompaktowych. Ale na szczęście rozumie on, że nie każdy potrzebuje kilku panoram 360° z kanionu i gdy zapytałam co by wziął gdyby miał ograniczenie do 3kg, powiedział: lustrzankę i aparat podwodny. To wg niego absolutne minimum, żeby zdjęcia wyróżniały się czymś od setek innych, które przywożą znajomi ze swoich zrobić ładne zdjęcia z wakacji?Oczywiście, jeśli ktoś ma zamiar spędzić swój pobyt przy barze albo na plaży przy hotelu, w zupełności wystarczy mu smartfon. Jeśli jednak zależy Ci na wysokiej jakości zdjęciach z wakacji, oto kilka rad, które wyłapałam z ust Łukasza:Zawsze noś ze sobą swój główny aparat – najlepiej lustrzankę albo bezlusterkowca. Łukasz argumentuje to tym, że telefon nigdy aparatu nie zastąpi ze względu na rozmiar matrycy (przekłada się to bezpośrednio na jakość zdjęć) oraz szybkość i celność autofocusa. Swoim telefonem wykonał tylko 2 zdjęcia na w południe w pełnym słońcu to kiepski pomysł – ostre słońce w zenicie to gwarancja ostrych cieni pod oczami i dziwnej miny, która jest wynikiem mrużenia oczu. Zamiast tego schowaj się w cieniu gdzie światło jest miękkie i zależy Ci na naprawdę pięknych zdjęciach, wysil się trochę i wstań któregoś dnia na wschód słońca – jest to pora zwana złotą godziną, światło na zdjęciach jest magiczne!Nigdy nie rób zdjęć na automacie. Łukasz zawsze śmieje się z osób, które są przekonane że to „aparat robi takie ładne zdjęcia”, podczas gdy on nigdy nie pozwala decydować automatyce aparatu o ustawieniach. Poznaj tryb Manualny (M), przekonaj się jak oddziałują na siebie czas migawki, przysłona i czułość. W Internecie pełno jest darmowych poradników na ten temat – potem pozostaje tylko praktyka. Zdziwilibyście się z jaką łatwością dobiera on wszystkie te 3 parametry, kontrolując przy tym każdy element zdjęcia. Wszystko zlewa się w całość, rozmyję nieco bardziej tło, Ta fala jest zamrożona w ruchu, lepiej będzie zmniejszyć czułość i wydłużyć czas, żeby oddać wrażenie ruchu, Jak błysnę lampą to zabiję cały nastrój, lepiej zwiększyć czułość, Wbudowana lampa i tak nie sięgnie dalej niż 3m, zapomnij o natomiast już robisz zdjęcia w południe – skorzystaj z lampy błyskowej. Zapytasz po co lampa błyskowa skoro jest tak jasno? Sztuczka polega na tym, żeby skompensować jej moc prawie do minimum (można ustawić siłę błysku w każdej chyba lustrzance). Dzięki temu w ogóle nie zauważysz obecności lampy, a zdecydowanie zmniejszysz ten ekstremalny, typowy dla takich warunków kontrast. Jeszcze lepszy efekt uzyskasz korzystając z zewnętrznej lampy błyskowej, albo odbijając światło od blendyCo do podwodnej kamery – nie każdy jej potrzebuje, ale Egipt akurat ma tak piękne rafy koralowe, często przy samym hotelu, że naprawdę szkoda tego nie uwiecznić!Ile kosztował nasz wyjazd? + moja opinia o AA Grand OasisEgipt w lutym, tygodniowy pobyt w formule All Inclusive w hotelu AA Grand Oasis Sharks Bay kosztował nas 1649 zł za osobę. Hotel miał ****, choć nie przekłada się to na standard, który znamy z krajów europejskich. Pokoje przeciętne, jedzenie niezbyt smaczne i mało różnorodne, alkohol rozwodniony, obsługa przyjemna (jeśli jest częstowana odpowiednio często łandolarami), piękny ogród, super plaża i prze-cu-do-wna rafa koralowa! I choćby ze względu na ten ostatni argument mogę Wam polecić pobyt w tym hotelu, bo bardzo często jest to najtańsza dostępna opcja na wyjazd do Sharm el które zdecydują się na ten hotel podpowiem, że nieciekawe posiłki główne można ratować kierując się na taras w restauracji głównej – podczas każdego posiłku jest tam dwóch kucharzy, którzy przyrządzają 2/3 dania na świeżo (live cooking). Czego by nie oferowali, było to lepsze niż dania dostępne w szwedzkim bufecie. W formule All Inclusive AA Grand Oasis oferuje też 3 kolacje tematyczne (w restauracji rybnej, orientalnej i włoskiej z przepyszną pizzą), z których zdecydowanie warto skorzystać. W hotelu znajdziemy też SPA wyposażone w saunę suchą, parową, jacuzzi, siłownię i pokoje, w których odbywają się zabiegi. Nie odpowiadała mi czystość – uważam, że w takim miejscu powinno być wręcz sterylnie, a pod prysznicem miałam co do tej sterylności pewne wątpliwości? Jednak same zabiegi wynagradzały drobne niedogodności ? rozpłynęłam się podczas tygodniowego pobytu kilkanaście razy, nie tylko od słońca na do kosztów. Wyszczególnię wszystkie wydatki podczas wczasów, przeliczone od razu na dwie osoby:Pobyt w AA Grand Oasis, 7 noclegów, AI – 3298 złUbezpieczenie podróżne – 98 złSPA (łącznie trzy wizyty: dwa zabiegi na całe ciało, jeden na stopy, na twarz i jakieś inne cuda, których w domu nie zrobiłabym sobie przez miesiąc) – 325 złSpadochron (latawiec ciągnięty przez motorówkę, na którym siedzieliśmy we dwoje – super wrażenia) – 150 złNurkowanie z butlą (dwa zejścia po 20 min, obiad i napoje na statku w cenie) – 350 złKolorowy Kanion, przejażdżka wielbłądami wzdłuż brzegu zatoki w Dahab, obiad, snurkowanie w okolicach Blue Hole, wypożyczenie pianek – zupełnie zbędny wydatek, woda w Morzu Czerwonym nawet w lutym była wystarczająco ciepła, by pływać bez pianki) – 320 złPrzyprawy, herbaty przywiezione do Polski – 60 zł (a trzeba było kupić więcej!)Shisha – 60 złTaksówki – 30 złIle kosztuje wyjazd do Egiptu? Ano nasz kosztował 4691 zł za dwie osoby dorosłe. Sami oceńcie czy to dużo, czy jeszcze warto wiedzieć przed wyjazdem do Egiptu?Egipt to świetny pomysł na pierwsze zagraniczne wakacje czy też pierwsze samolotowe. Na miejscu poradzicie sobie nawet bez znajomości języka angielskiego – polski wystarczy do podstawowej komunikacji, a jeśli przy okazji znacie rosyjski to jesteście w możliwie najlepszej sytuacji. Znacznie łatwiej dogadać się po rosyjsku niż po angielsku. Egipt daje gwarancję pogody, możliwość pełnego relaksu. Nie trzeba martwić się o gotowanie, sprzątanie, o nic z przyziemnych rzeczy, od których każdy czasem potrzebuje odpocząć. Od Egiptu dzielą nas 4 godziny spędzone w samolocie. To krótka podróż, która kończy się w miejscu zupełnie innym niż to, które znamy. Egipt zaskakuje krajobrazem, klimatem i kulturą. W niskiej cenie dostajemy urlop, który pozwoli wypocząć i doznać wrażeń, których nie sposób szukać na polskim wybrzeżu, a przecież jeśli chodzi o koszty to są (co najmniej) internet w Twoim hotelu będzie fatalny. Może uda Ci się załadować jedną fotkę na Insta, ale tylko wtedy, gdy nie szkoda Ci 30 minut i przy okazji nie ma pory obiadowej. Śniadaniowej czy kolacyjnej też. Lepiej z góry założyć, że internet w Egipcie będzie fatalny i zaopatrzyć się w starter już na lotnisku. Mamy do wyboru np. Vodafone – 15$ za starter i 2 GB Internetu w tej kwocie (na lotnisku w Sharm el Sheikh znajduje się budka Vodafone, w której można zakupić starter) lub Etisalat 15 EGP za starter + 100 EGP za doładowanie 2 GB Internetu. 2 GB Internetu z powodzeniem wystarczą do kontaktowania się z rodziną, przesyłania zdjęć czy nawet przygotowania kilku tekstów bloga :). Jeśli zamierzacie jedynie meldować najbliższym, że wszystko jest w porządku i sporadycznie odwiedzać strony internetowe z powodzeniem wystarczy nawet 500 MB. Przed zakupem karty SIM koniecznie powiedzcie sprzedawcy w jakim telefonie będziecie z niej korzystać. Najlepiej poprosić sprzedawcę o aktywację karty jeszcze w salonie, żeby uniknąć ewentualnych problemów. Żałuję ogromnie, że nie trafiłam na podobne informacje przed wyjazdem do Egiptu. Zapewnienia o dostępie do Internetu w hotelowym lobby były dla mnie wystarczające. Błąd. Następnym razem na pewno kupię starter. Przyda się nie tylko do korzystania z dostępu do sieci, ale też kontaktowania się np. z organizatorem wycieczek fakultatywnych (jeśli decydujecie się na opcję szukania go już w Egipcie, zamiast kupowania oferty od rezydenta czy w polskim biurze podróży).Zostawcie sobie (w zależności od potrzeb) kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt dolarów w gotówce na samo lotnisko. Zapłacenie kartą za zakupy poniżej pięćdziesięciu dolarów jest w zasadzie niemożliwe. Z reguły na lot czeka się około dwóch godzin, więc nie jest przyjemnie, kiedy nie można kupić nawet butelki się z tym, że Chanelka za 50$ to nie okazja życia tylko podróbka, której pierwowzoru na próżno szukać w sklepie. Nie oceniam – kupujcie, jeśli te produkty Wam się podobają, ale miejcie świadomość, że to nie kwestia rewelacyjnej przeceny, a po prostu zakup podrobionego towaru. Bardzo bawiła mnie ilość posiadaczek nowej torebki Michała Korsa w samolocie do dużo jedno dolarówek – są ogromne problemy z rozmienieniem pieniędzy na drobniejsze nominały. Efekt napiwku jest w zasadzie taki sam – nieważne czy to 1$, czy 5$. Lepiej dawać mniejsze kwoty, a przed wyjazdem zakupić własne płetwy i maskę z rurką. Wypożyczenie tego podstawowego sprzętu na miejscu kosztuje tyle, co zakup najprostszego zestawu na Allegro. Jakość tych wypożyczonych pozostawia wiele do życzenia – ciężko dopasować maski, a ustniki rurek na pewno nie są budżet pozwala Wam przebierać w ofertach, decydujcie się na hotel z rafą. Nie dość, że oszczędzacie w ten sposób kasę na zorganizowane wyjazdy na snurkowanie to zyskujecie dużo więcej czasu i możliwości zejścia pod wodę tak często, jak tylko chcecie – a nie wtedy, kiedy przewiduje plan wycieczki. Schodząc pod wodę kilkanaście razy przy hotelu macie szanse zobaczyć ciekawsze okazy, niż pływając 15 minut nad tym samym miejscem. My widzieliśmy takie stworzonka, których na próżno szukać w polskich ogrodach zoologicznych. Ach, uważajcie na rafy koralowe – jeśli nie przekonuje Was argument o tym, że trzeba je szanować, to może przemówi do Was fakt, że są niesamowicie ostre i robią głębokie rany, które strasznie długo się goją i piekielnie przy waszym hotelu jest łagodne zejście do morza, koniecznie kupcie buty ochronne – maszerować 300 metrów w płetwach to kiepski pomysł, ale chyba i tak lepszy niż próby pokonania trasy pełnej muszli, jeżowców i innych atrakcji wyjazdem przygotujcie sobie małą apteczkę z podstawowymi lekami – wizyty u lekarza są bardzo drogie, a w aptekach sprzedawcy będą próbowali was naciągnąć na chore ceny. Lepiej zabrać z polski podstawowe leki na przeziębienie, ból brzucha czy wsiądziesz do taksówki, ustal cenę przejazdu. W przeciwnym razie może cię zaskoczyć bardzo wysoki zachowuj się jak panisko! Ten podpunkt mógłby się pojawić w podstawowych zasadach savoir vivre, a nie w poradniku o wakacjach w Egipcie, ale nie mogę go pominąć. To, że zarabiamy więcej, niż pracownicy hotelu i to, że to my jesteśmy na urlopie, a oni w pracy, nie upoważnia nas do traktowania ich z góry. Uważam, że tylko osoby zakompleksione traktują protekcjonalnie innych, niższych stanowiskiem. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że najczęściej robią to na wakacjach w Egipcie Ci, którymi pomiata się w skoro o zachowaniu mowa? Kupując najtańsze wczasy, nie oczekuj najwyższego standardu. Nie narzekaj, nie psuj humoru sobie i innym mieszkańcom to bardzo interesujący kraj, który ma mnóstwo do zaoferowania. Pytanie tylko – kto chce korzystać z jego dobrodziejstw, a kto leżeć brzuchem do góry przy basenowym hotelu. Wakacje w Egipcie mogą być aktywne, leniwe, interesujące, pouczające. A jeśli dotąd wystrzegaliście się wyjazdu do Egiptu, słysząc relacje znajomych, że to przecież tylko hotele i piach wokół to wróćcie na początek tego tekstu, odpalcie jeszcze raz filmik i obejrzyjcie zdjęcia. Choćby to powyższe – słyszeliście kiedykolwiek, że w Egipcie są góry, rozciągające się wzdłuż wybrzeża? Że lepszej rafy na próżno szukać w odległości mniejszej niż kilka tysięcy kilometrów od Polski? Przekonajcie się na własnej skórze. A co do skóry – pamiętajcie o wysokim SPF ;).PS. Mam prośbę do wszystkich osób, które mają za sobą wakacje w Egipcie: proszę Was o krótką opinię na temat wyjazdu w komentarzach, będzie super jeśli dodacie kilka zdań o hotelu. Myślę, że w ten sposób ten tekst stanie się kompletny. A wszystkich innych czytelników proszę o opinie na temat tekstu, zdjęć, pytania, które przyjdą Wam do głowy, zadawajcie w komentarzach. Będziemy odpowiadać na bieżąco.
Piramidy przetrwały tysiące lat. Polskie delfinarium w Egipcie nie miało tyle szczęścia. Janusz Karpiński pamięta, jak poszedł ze wspólnikiem do ogrodu zoologicznego i zapytał dyrektora, gdzie można kupić delfiny. Dyrektor był dobrze wychowany, więc nie popukał się w czoło, ale z jego miny można było wywnioskować, że gości nie traktuje poważnie. Zbył ich grzecznie, ale stanowczo. Dyrektor nie wiedział, że obaj panowie wrócili właśnie z wycieczki na Kubę, odwiedzili tam delfinarium i pozostają pod wielkim wrażeniem tych niezwykłych ssaków. I że właśnie zaczęli poważnie myśleć o zbudowaniu pierwszego polskiego delfinarium. Gdyby wiedział, zapewne by ich ostrzegł, że rzucają się z motyką na słońce, a oni pewnie przyznaliby mu rację. Co i tak niczego by nie zmieniło. Dwa lata po wizycie u dyrektora płynęli po Morzu Czerwonym. Stali w łodzi o szklanym dnie, a kolorowe ryby przepływały tuż obok, na wyciągnięcie ręki. A kiedy do ryb dołączyły delfiny, decyzja zapadła: delfinarium zbudują w Egipcie. Źródło: Newsweek_redakcja_zrodlo
Czas wschodu i zachodu słońca Szczegółowa tabela i grafika przedstawiająca czasy wschódu słońca i zachodu słońca. O której godzinie jest dziś ciemno i ile czasu zajmuje jej mrok po zachodzie słońca? Jaka jest dzisiaj długość dnia? Hurghada, Egipt - Położenie słońca na niebie 31 lipca 2022 Wprowadź 3 lub więcej liter Czas: Trwanie: Świt astronomiczny 03:41 - 04:12 31 min. Świt żeglarski 04:12 - 04:42 30 min. Świt cywilny 04:42 - 05:08 25 min. Wschód słońca 05:08 Złota godzina 05:08 - 05:39 31 min. Zenit 11:51 Złota godzina 18:02 - 18:34 31 min. Zachód słońca 18:34 Zmierzch cywilny 18:34 - 18:59 25 min. Zmierzch żeglarski 18:59 - 19:29 30 min. Zmierzch astronomiczny 19:29 - 20:00 31 min. Długość dnia / nocy 31 lipca 2022 : Dzień (słońce nad horyzontem) 13 h 26 min. Zmierzch i noc (słońce pod horyzontem) 10 h 33 min. - w tym noc astronomiczna 7 h 40 min. W ciągu miesiąca lipca, zmienia się światło dzienne: - całkowity 23 min. * rano - słońce wschodzi później : 15 min. * wieczór - słońce zachodzi wcześniej: 9 min. * * W wyniku błędów zaokrąglania mogą wystąpić niewielkie rozbieżności w obliczeniach. Położenie słońca na niebie 31 lipca 2022 16:53 : Położenie Dzień Azymut 275° / Zachód Wysokość 33° Szerokość geograficzna 27° 18' Długość geograficzna 33° 48' O której godzinie robi się ciemno? 31 lipca słońce wschodzi o godzinie 05:08 i zachodzi o godzinie 18:34. Słońce to 13 h 26 min. nad horyzontem, światło dzienne. Świt astronomiczny zaczyna się o godzinie 03:41, wieczorne świt astronomiczny kończy się o godzinie 20:00, niebo jest zupełnie ciemne. Tabela czasów wschodu i zachodu słońca w 2022, Hurghada sty lyt mar kwi maj cze lip sie wrz paz lis gru 106:3417:0206:3017:2506:0817:4505:3518:0205:0518:1704:5018:3504:5318:4305:0818:3305:2318:0505:3717:3105:5417:0106:1716:50206:3417:0206:3017:2606:0717:4505:3418:0205:0518:1804:4918:3504:5318:4305:0918:3205:2418:0405:3717:3005:5517:0106:1716:50306:3417:0306:2917:2706:0617:4605:3318:0305:0418:1904:4918:3604:5418:4305:0918:3205:2418:0305:3817:2905:5617:0006:1816:50406:3517:0406:2817:2806:0517:4705:3118:0305:0318:1904:4918:3604:5418:4305:1018:3105:2518:0205:3817:2805:5616:5906:1916:50506:3517:0406:2817:2906:0417:4705:3018:0405:0218:2004:4918:3604:5518:4305:1018:3005:2518:0105:3917:2705:5716:5806:2016:50606:3517:0506:2717:2906:0317:4805:2918:0405:0218:2004:4918:3704:5518:4305:1118:3005:2618:0005:3917:2605:5816:5806:2016:50706:3517:0606:2717:3006:0217:4805:2818:0505:0118:2104:4918:3704:5618:4305:1118:2905:2617:5905:4017:2405:5916:5706:2116:50806:3517:0706:2617:3106:0117:4905:2718:0505:0018:2104:4918:3804:5618:4305:1218:2805:2617:5705:4017:2305:5916:5706:2216:50906:3517:0706:2517:3206:0017:4905:2618:0604:5918:2204:4918:3804:5618:4305:1218:2705:2717:5605:4117:2206:0016:5606:2216:511006:3517:0806:2517:3205:5917:5005:2518:0604:5918:2304:4918:3904:5718:4205:1318:2705:2717:5505:4117:2106:0116:5606:2316:511106:3517:0906:2417:3305:5817:5105:2418:0704:5818:2304:4918:3904:5718:4205:1318:2605:2817:5405:4217:2006:0116:5506:2416:511206:3517:1006:2317:3405:5717:5105:2318:0704:5818:2404:4918:3904:5818:4205:1418:2505:2817:5305:4217:1906:0216:5506:2416:511306:3517:1006:2217:3405:5617:5205:2218:0804:5718:2404:4918:4004:5818:4205:1418:2405:2917:5205:4317:1806:0316:5406:2516:521406:3517:1106:2217:3505:5517:5205:2118:0804:5618:2504:4918:4004:5918:4205:1518:2305:2917:5105:4317:1706:0416:5406:2616:521506:3517:1206:2117:3605:5417:5305:2018:0904:5618:2504:4918:4004:5918:4105:1518:2205:3017:4905:4417:1606:0416:5306:2616:521606:3517:1306:2017:3705:5317:5305:1918:0904:5518:2604:4918:4105:0018:4105:1618:2105:3017:4805:4517:1506:0516:5306:2716:531706:3517:1406:1917:3705:5117:5405:1818:1004:5518:2704:4918:4105:0018:4105:1618:2005:3017:4705:4517:1406:0616:5206:2716:531806:3517:1406:1817:3805:5017:5405:1718:1004:5418:2704:5018:4105:0118:4005:1718:1905:3117:4605:4617:1306:0716:5206:2816:541906:3517:1506:1817:3905:4917:5505:1618:1104:5418:2804:5018:4105:0118:4005:1718:1905:3117:4505:4617:1206:0816:5206:2916:542006:3417:1606:1717:3905:4817:5505:1518:1104:5318:2804:5018:4205:0218:4005:1818:1805:3217:4405:4717:1106:0816:5106:2916:542106:3417:1706:1617:4005:4717:5605:1418:1204:5318:2904:5018:4205:0218:3905:1818:1705:3217:4205:4717:1006:0916:5106:3016:552206:3417:1806:1517:4105:4617:5605:1318:1204:5318:2904:5018:4205:0318:3905:1918:1605:3317:4105:4817:0906:1016:5106:3016:552306:3417:1806:1417:4105:4517:5705:1218:1304:5218:3004:5118:4205:0318:3805:1918:1505:3317:4005:4917:0906:1116:5106:3116:562406:3317:1906:1317:4205:4417:5705:1118:1404:5218:3004:5118:4205:0418:3805:2018:1405:3417:3905:4917:0806:1116:5006:3116:562506:3317:2006:1217:4205:4317:5805:1018:1404:5118:3104:5118:4305:0418:3705:2018:1305:3417:3805:5017:0706:1216:5006:3116:572606:3317:2106:1117:4305:4117:5805:1018:1504:5118:3104:5118:4305:0518:3705:2118:1205:3417:3705:5117:0606:1316:5006:3216:582706:3217:2206:1017:4405:4017:5905:0918:1504:5118:3204:5218:4305:0518:3605:2118:1105:3517:3605:5117:0506:1416:5006:3216:582806:3217:2206:0917:4405:3917:5905:0818:1604:5118:3304:5218:4305:0618:3605:2218:0905:3517:3405:5217:0406:1416:5006:3316:592906:3217:2305:3818:0005:0718:1604:5018:3304:5218:4305:0618:3505:2218:0805:3617:3305:5217:0406:1516:5006:3316:593006:3117:2405:3718:0005:0618:1704:5018:3404:5318:4305:0718:3405:2218:0705:3617:3205:5317:0306:1616:5006:3317:003106:3117:2505:3618:0104:5018:3405:0818:3405:2318:0605:5417:0206:3417:01 Interaktywny wykres o czasach wschodu i zachodu słońca oraz długości dnia w ciągu roku 2022, Hurghada Dzień dzisiejszy Wschód słońca Zachód słońca Zmierzch cywilny : środek tarczy słonecznej nie więcej niż 6° poniżej horyzontu. Na początku porannego zmierzchu cywilnego, czyli końca wieczornego zmierzchu cywilnego, horyzont jest jasno określony. Zmierzch żeglarski środek tarczy słonecznej od 6 do 12° poniżej horyzontu. Horyzont jest nadal widoczny, a niejasne kontury lub obiekty naziemne mogą być rozróżnialne, ale nie szczegóły. Zmierzch astronomiczny – środek tarczy słonecznej od 12 do 18° poniżej horyzontu. Zmierzch astronomiczny, wieczorny zmierzch kończy się i zaczyna noc. Nie ma żadnego koloru na niebie podczas zmierzchu astronomicznego Wschód słońca: Słońce wschodzi, a geometryczny środek słońca znajduje się na horyzoncie. Zachód słońca: Słońce zachodzi, a geometryczny środek słońca znajduje się na horyzoncie.
Jest ciepła, sierpniowa noc, ostatni tydzień tegorocznych, letnich wakacji. Wśród pasażerów drzemiących w samolocie tureckich linii delikatne poruszenie, zbliżamy się bowiem do lądowania. Ogarnia mnie lekkie podniecenie, wyglądam przez okno, żeby nacieszyć się widokiem na który czekałam kilka miesięcy i który kocham: w dole rozświetlone gigantyczne miasto, malutkie jeszcze z tej wysokości, ale coraz wyraźniejsze, liczne bloki mieszkalne, przecinające się jak w labiryncie ulice, niebieskie prostokąty basenów, jakiś stadion, samochody poruszające się jakby w zwolnionym tempie wciąż liczne mimo późnej pory....serce bije mi radośnie i chyba szybciej: znowu kolejny raz nacieszę się tymi ludźmi i tym miastem; jestem w Kairze! Jest druga w nocy, gdy szybko i sprawnie opuszczamy samolot. Znane mi już lotnisko nie sprawia problemów. Kupuję wizę, wklejam ją do paszportu i przechodzę przez punkt kontrolny. Dłuższa chwila niepewności podczas oczekiwania na bagaż i nie zaczepiana przez nikogo wychodzę na zewnątrz. Ogarnia mnie fala ciepłego egipskiego powietrza, wdycham je radośnie i głęboko. Niemalże w tej samej chwili wśród grupy oczekujących ludzi dostrzegam przyjaciół, księży ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich- pochodzącego z Kenii ks proboszcza Robbina i ks. Wilsona z Indii. Jak miło jest ich znowu spotkać ! Ściskamy się serdecznie, oddaję im moje walizki i rześkim krokiem ruszamy do taksówki. Dzielnica Szubra, w której znajduje się zaprzyjaźniona, katolicka parafia Św Marka znajduje się w odległości ok. 45- tu minut jazdy samochodem od lotniska. Ruch na ulicach jest już nieco mniejszy i nie ma korków, niemniej jednak kierowca musi wykazać się dużą sprawnością ,aby szybko pokonać tę trasę. Główne ulice są z reguły jednokierunkowe, ale nie mają żadnych wytyczonych pasów ruchu. Samochody poruszają się bardzo blisko siebie, często niemalże slalomem, trąbiąc ostrzegawczo przed zaplanowanym manewrem wyprzedzania. Mimo zmęczenia i późnej pory mam świetny nastrój. Śmiejemy się i rozmawiamy. Trochę żartujemy z Wilsona, który rozpoczął niedawno kurs nauki jazdy po Kairze, ale daleko mu jeszcze do sprawności poruszania się naszego kierowcy. Droga upływa szybko i wkrótce jesteśmy prawie w domu. Ulica przed kościołem jest zamknięta dla ruchu samochodowego od kilku miesięcy. Dokładnie od 12-tego kwietnia czyli tragicznej Niedzieli Palmowej- dnia w którym terroryści z tzw. państwa islamskiego doprowadzili do dwóch eksplozji przed kościołami koptyjskimi w dwóch egipskich miastach raniąc i zabijając wielu ludzi. Ostatni odcinek drogi pokonujemy więc piechotą. Przed kościołem znajduje się posterunek policji. Kilku policjantów w białych mundurach i z karabinami pilnuje całą dobę wejścia, sprawdzając wszystkich nieznanych ludzi zmierzających do kościoła. Tuż za furtką dostrzegam elektryczną bramkę, kolejny, nowy punkt kontrolny. Policjanci rozpoznają Robbina z Wilsonem i wpuszczają nas bez przeszkód. Po kilku minutach jestem już w swoim pokoju. Tym razem mam szczęście- zostaję ulokowana w pokoju w oddzielnym budynku w którym zazwyczaj mieszka przebywający obecnie na urlopie ks Kazik, a to oznacza, że mam do dyspozycji pokój z klimatyzacją. Budynek jest stary, od dawna nieremontowany i niektóre jego części jak np. łazienka pozostawiają wiele do życzenia, ale w Kairze mało rzeczy mi przeszkadza. Po prostu kocham tu być. Dostaję też do ręki pęk kluczy do drugiego, dużego budynku gdzie jest kuchnia, jadalnie, mała kaplica i pokój w którym spotyka się zazwyczaj wieczorami cała wspólnota pracujących tutaj księży i do którego mogę wejść odpocząć, czy też obejrzeć telewizję o każdej porze dnia. Jest już naprawdę późno, wymieniamy kilka ostatnich zdań, wyjmuję z bagażu przywiezione i oczekiwane tutaj zawsze polskie przysmaki oraz jakieś drobne prezenty i wreszcie idę spać, szczęśliwa, że przede mną kolejna, tygodniowa egipska przygoda. Dzień pierwszy- czyli podróż do Sohag Wcześnie rano budzi mnie głos muezina wzywającego do modlitwy. Słyszę go za każdym razem gdy tutaj jestem. Przypomina mi on, że jestem w trochę innym świecie, który jednak jest światem fascynującym, jest także Bożym światem i wcale niekonieczne światem wrogim. Trochę się modlę, trochę czytam i rozmyślam. Nie śpieszę się ze wstawaniem, bo nie mam żadnych konkretnych planów na przedpołudnie, a poza tym czeka mnie dzisiaj całonocna podróż pociągiem do Sohag w Górnym Egipcie. Dłuższy ranny odpoczynek jest więc jak najbardziej wskazany. O godz. 8:30 dostaję od Robbina wiadomość z zapytaniem czy przyjdę na śniadanie. Robbin jest już po porannym joggingu i modlitwie. Umawiamy się w kuchni za 10 minut. Mamy przywiezioną przeze mnie , bardzo cenioną tutaj polską kiełbasę, więc utartym już zwyczajem smażę jajecznicę na kiełbasie, którą wszyscy tu bardzo lubią. W kuchni spotykam dwóch nieznanych mi wcześniej księży, a dokładniej kleryków, zwanych tutaj „seminarians” Jeden z nich Rodrig pochodzi z Wybrzeża Kości Słoniowej, a drugi Joshua z Zambii. Spędzą w Kairze ok 10-ciu miesięcy na swoich obowiązkowych praktykach. Tak więc obecnie w parafii pracuje razem z nimi ośmiu księży : ks. Robbin, superior z Kenii, ks Amal z Indii, który dołączył do wspólnoty niedawno, po wieloletniej pracy w Tanzanii, ks Wilson również z Indii, który w tym roku po raz pierwszy odwiedził Polskę, ks Peter i ks Isa z Nigerii oraz Jean Paul z Wybrzeża Kości Słoniowej. Każdy z nich jest inny, każdy ma inne trochę pasje i zainteresowania, ale wszyscy razem tworzą wspólnotę, której nie da się nie lubić i z którą naprawdę dobrze jest być. Po śniadaniu każdy rusza do swoich zajęć, a ja postanawiam odwiedzić mój ulubiony, stary koptyjski Kair. Stary koptyjski Kair to najstarsza część miasta. Prawdopodobnie już w VI w była tutaj osada miejska. W czasach rzymskich znajdowała się tu forteca i miasto Babylon. Mieszkający tutaj chrześcijanie zaczęli krzewić swoją wiarę w całym Egipcie, a jak była ona silna może świadczyć sporo zachowanych świątyń wzniesionych na niewielkiej powierzchni (do dziś zachowało się pięć, które można zwiedzać). W dzielnicy stoją także najstarsza synagoga w mieście i meczet. Dojazd jest stosunkowo prosty, bo stacja metra mieści się tuż obok jednego z kościołów. Jazda metrem nie jest niczym trudnym, trzeba kupić sobie bilet za dwa egipskie funty oraz pamiętać na której stacji linie metra się łączą i gdzie ewentualnie należy się przesiąść. Poza tym w godzinach szczytu oraz podczas samotnych podróży wybieram zawsze przedziały dla kobiet, które zazwyczaj nie są tak zatłoczone i jazda nimi jest przyjemniejsza. W ostatnio wybudowanej, nowoczesnej linii jest klimatyzacja i nazwy kolejnych stacji są wyczytywane, a także wyświetlane w języku arabskim i angielskim. Poza tym wszyscy są naprawdę uprzejmi, ustępują często miejsca, niekiedy pytają czy wiem gdzie wysiąść. Podróż do koptyjskiego, starego Kairu trwa dość długo i pozostaje mi niewiele czasu na odwiedzenie ulubionych miejsc. Wchodzę więc tylko do potężnego, greckiego, ortodoksyjnego kościoła św Jerzego i odwiedzam mój ulubiony Kościół Zawieszony. Turystów jest mało, a przed bramami do kościołów siedzą jak wszędzie policjanci w białych mundurach z bronią. Muszę otworzyć torbę i pokazać, że nie mam w niej nic niebezpiecznego. Policjanci są mili, uśmiechają się i pytają skąd przyjechałam. Jest gorąco, temperatura sięga 37-ciu stopni, ale jestem do tego już przyzwyczajona, poza tym uwielbiam to miejsce i nic nie jest w stanie popsuć mi dobrego nastroju. W Kościele Zawieszonym, powstałym ok. V-VI w i wybudowanym na wieżach dawnej rzymskiej fortecy spotykam kilka mało licznych wycieczek oprowadzanych przez przewodników. Siadam sobie na parę minut w ławce, aby odpocząć od upału, pooddychać tutejszą atmosferą i spokojnie się pomodlić. Niestety czas płynie szybko i muszę wracać, jeśli chcę spotkać wszystkich na obiedzie o Nie ma jeszcze ks. Jean Paula, który dopiero za dwa dni wraca z wakacji, więc jest szansa, że rozmowy będą przy stole głównie po angielsku, co mnie bardzo cieszy, bo będę miała szansę chociaż trochę w nich uczestniczyć. Na obiad jest makaronowa zapiekanka z mielonym mięsem i warzywami. Bardzo ją lubię, jak prawie wszystko tutaj. Wilson przynosi trochę przypraw, przywiezionych z Indii. Próbuję jedną z nich o nazwie mango, ale z owocem mango ma ona moim zdaniem mało wspólnego. Jest za to tak ostra, że nie mogę jej przełknąć czym oczywiście rozbawiam wszystkich. Śmiejemy się, rozmawiamy i czas mija bardzo szybko. Każdego dnia o w kościele św Marka na Szubrze odprawiana jest msza św. Dzisiaj jest ona niestety w języku arabskim, więc niczego nie rozumiem. Staram się jednak podążać myślą korzystając z czytań zamieszczonych w internecie mojego telefonu i modląc się po cichu w języku polskim. Komunia jest zawsze pod dwiema postaciami, co jest dla mnie źródłem dodatkowej radości podczas każdego pobytu tutaj. Wspólnota parafialna jest bardzo nieliczna. Kilkoro starszych ludzi i siostry zakonne prowadzące szkołę obok naszego kościoła. Przed mszą kilka starszych pań modli się odmawiając głośno różaniec po francusku. Francuskiego zaczęłam uczyć się niedawno i mam rozpisane na kartce modlitwy w tym języku, ale wymowa jest wciąż dla mnie trudna i nie mogę nadążyć. Dzień w Egipcie jest dość krótki. Słońce zachodzi bardzo szybko i o 19-tej jest już ciemno. Zbliża się czas naszej podróży do Sohag. Pakuję trochę rzeczy, głównie cieplejszą kurtkę do pociągu, bluzę, szczoteczkę do zębów oraz jakieś przebranie na jutrzejszy dzień i ok. godziny 21-ej czekam już na Robbina i Wilsona gotowa do podróży. W Górnym Egipcie byłam rok temu, ale ks Robbin jedzie dzisiaj z bardzo konkretną misją, a ja uwielbiam podróżować, więc udało mi się namówić go, aby zabrał mnie tam kolejny raz. Ksiądz Biskup kościoła koptyjsko-katolickiego w Sohag zaprosił misjonarzy ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich do współpracy. Chcą otworzyć nowy dom w miejscowości Tahta ok 30 km od Sohag. Powody są dwa- brakuje koptyjskich księży, a tamtejsze wspólnoty są w przeciwieństwie do parafii św Marka na Szubrze bardzo liczne i bardzo aktywne. Drugi powód jest jeszcze bardziej interesujący, otóż ks Biskup pragnie, aby Koptowie mieli większą świadomość powszechności kościoła, martwi się , że ich doświadczenie kościoła kończy się na ich wspólnocie i chciałby to zmienić, stąd pomysł zaproszenia do współpracy misjonarzy. Jesienią pracę w koptyjsko-katolickiej wspólnocie rozpocznie ks Wilson i Jean Paul. Robbin jedzie tam dzisiaj zobaczyć miejsce w którym misjonarze będą mieszkać oraz aby spotkać się i porozmawiać z ks Biskupem. Droga do kairskiego dworca nie jest daleka, pokonujemy ją więc piechotą. Jest ok. 21:30 i ruch na ulicach jest bardzo duży. Chowam się trochę za Wilsona gdy przechodzimy przez większe ulice, wciąż bowiem nie czuje się pewnie lawirując między rozpędzonymi samochodami. Jest w kilka miejsc w Kairze, które może nie budzą mojego przerażenia, ale nie czuję się w nich zbyt dobrze i nie chciałabym ich póki co odwiedzać w pojedynkę. Jednym z takich miejsc jest kairski dworzec. Jak zwykle tak i teraz jest tutaj tłum przemieszczających się w różnych kierunkach ludzi. Trudno dopatrzyć się jakiegokolwiek rozkładu jazdy pociągów, więc jedyną możliwością jest zapytanie stojącego obok jednego z pociągów konduktora. Pociągi są bardzo stare i brudne. Większość ludzi podróżuje wagonami tzw. trzeciej klasy, które choć mają miejsca siedzące standardem przypominają bardziej wagony towarowe niż osobowe. Wszędzie panuje wielki ścisk. Pomiędzy stojącymi pociągami przez tory wciąż przeskakują jacyś ludzie , skracając sobie drogę na kolejne perony. Na naszym peronie, na gołym betonie leży mężczyzna w pozycji na wznak. Ubrany jest w galabiję i bardzo brudny. Wydaje się odpoczywać i ku mojemu zdziwieniu ma bardzo zadowoloną minę. W pewnym momencie zakłada nawet nogę na nogę, nadal leżąc na gołym betonie. Nikt się nim nie interesuje, nikt też nie okazuje zdziwienia. Na ławeczkach, ale też na ziemi siedzą całe rodziny , często z małymi dziećmi, oczekując na swój pociąg. My też siadamy na wolnym skrawku ławki. Naszego pociągu jeszcze nie ma, prawdopodobnie podjedzie tutaj, po opuszczeniu toru przez pociąg do Asuanu, stojący na torze obok nas, ale nikt nie wie dokładnie o której godzinie to nastąpi. Rozglądam się wokoło i myślę jak ten świat jest inny od tego w którym żyję na co dzień i który dobrze znam. Boże, gdyby tu byli moi znajomi z pracy, moi przyjaciele z Polski, jestem pewna, że ten dworzec wprawiłby ich w prawdziwe przerażenie. Przychodzi mi do głowy, że może właśnie tak wygląda większa część naszego świata, tylko my żyjemy w jakiejś oazie dobrobytu i pokoju i nawet o tym nie wiemy. Ta myśl tak bardzo nie daje mi spokoju, że postanawiam podzielić się nią z moimi przyjaciółmi. „ Robbin, ten dworzec mnie trochę przeraża, czy myślisz, że większość naszego świata wygląda właśnie tak jak to wszystko tutaj?” Robbin jest zupełnie spokojny i nie wydaje się być przejęty tym co dzieje się wokół, „czy ja wiem , odpowiada, może pewna część tak, ale dworzec, jak dworzec, nic specjalnego” odpowiada. „Robbin, byłeś tyle razy w Europie, widziałeś wiele dworców, nie mów, że to jest normalne, dla mnie to inny świat” nie daję za wygraną, „poza tym czy myślisz, że gdybym była tutaj sama, gdyby kobieta z Europy była tutaj sama- byłaby bezpieczna?” „ myślę, że tak, odpowiada niewzruszony Robbin, przecież nic tutaj się takiego nie dzieje” „ A Afryka, czy w całej Afryce dworce są takie jak tutaj?:” pytam. „ to jest najstarszy dworzec w Afryce i dlatego wygląda jak wygląda, w Afryce nie ma zbyt wiele linii kolejowych, a te które są obecnie są znacznie nowsze, więc wyglądają lepiej” Wilson też zachowuje zupełny spokój. Indie bardziej przypominają Kair niż europejskie miasta, stąd on czuje się tutaj bardziej „u siebie”. W końcu przepełniony pociąg do Asuanu odjeżdża i podjeżdża ten, którym będziemy podróżować. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia skąd ludzie wiedzą który pociąg jest który, bo nie ma tutaj żadnych napisów. Ostatecznie wsiadamy i zajmujemy miejsca zgodne z tymi na naszych biletach. Siedzenia jak wszystko tutaj nie grzeszą czystością, ale są za to bardzo wygodne, szerokie i miękkie. Odległości miedzy siedzeniami są też na tyle duże, że spokojnie można wyciągnąć nogi i ułożyć się w pozycji półleżącej. Znając zamiłowanie Egipcjan do klimatyzacji i wybitnie niskich temperatur, zakładam od razu cienką, ale puchową i ciepłą kurtkę, bluzę i szal. Mam nadzieję, że tak opatulona przetrwam noc bez większego problemu Robbin i Wilson ubierają się również. Pociąg rusza z peronu, ale po kilkunastu minutach nieoczekiwanie staje. Jest znacznie opóźniony i nikt nie wie o której godzinie dojedzie do zamierzonego celu. Jestem bardzo zmęczona i szybko zasypiam rejestrując już tylko jak przez mgłę nieoczekiwane, długie postoje naszego pociągu. Dzień drugi - Sohag Budzę się, gdy na zewnątrz jest zupełnie widno. Dochodzi godzina 9-ta. „Gdzie jesteśmy” - pytam Robbina, „Nie mam pojęcia” - odpowiada - "...ale przypuszczam, że mamy jeszcze ok. godziny do Sohag, w nocy co chwilę stawaliśmy nie wiadomo z jakiego powodu." - "Och, to szkoda, spóźnimy się na mszę świętą z ks. Biskupem” - „Niestety tak” - potwierdza Robbin - „Chyba jeszcze nigdy nie jechałem do Sohag tak długo” - dodaje. Krótko przed godziną 10-tą jesteśmy na miejscu, po 12 godzinach jazdy pociągiem. Bierzemy taksówkę i po kilkunastu minutach wysiadamy przed siedzibą koptyjsko-katolickiego biskupa. Prawdę mówiąc znam już to miejsce i niezbyt lubię. Po za tym denerwuję się trochę przed spotkaniem z ks Biskupem. Ostatnim razem gdy byłam w tym samym miejscu ks Biskup był chory i nie miałam okazji go poznać. Wiem o nim tyle, że nie mówi po angielsku, ale po arabsku, francusku i chyba włosku. Poza tym księża tutaj raczej nie znają angielskiego. Wszyscy chodzą w sutannach i nigdy żadnego z nich nie widziałam w cywilnym ubraniu. Poza tym mam w pamięci różnych koptyjskich księży, których spotkałam i przypomina mi się właśnie zwyczaj całowania ich w rękę przez napotkanych wiernych. Wpadam w coraz większą panikę co jest dość zabawne.” Robbin, czy ja muszę spotykać księdza biskupa” - zagajam nieśmiało. „Pewnie tak, a czym się martwisz ?" - pyta Robbin. „Obawiam się, że zrobię coś głupiego, to mi się zdarza często, gdy się denerwuję”. Robbin śmieje się tylko. Próbuję jeszcze zagadać z Wilsonem: „Wilson, czy myślisz, że powinnam pocałować ks biskupa w rękę ?” - pytam. Robbin, który to słyszy parska śmiechem: „Nie całuje się w rękę, tylko w pierścień na którym jest krzyż” - wyjaśnia Wilson - „Poza tym, nie martw się zbytnio” - uspokaja. „Możesz go pocałować w policzek albo rzucić mu się na szyję, jest dżentelmenem, nic ci nie powie” - śmieje się Robbin. Nie bardzo mnie to wszystko uspokaja. Prawda jest taka, że bardzo lubię jeździć do Sohag z uwagi na długą podróż i możliwość podziwiania egipskich krajobrazów, ale za tym miejscem w którym jesteśmy jakoś nie przepadam. Tak jak przewidywaliśmy, jest już po mszy świętej i po wspólnym śniadaniu. Panie pracujące w kuchni przygotowują coś do zjedzenia dla nas, potem Wilson otrzymuje klucze od dwóch pokoi w których możemy odpocząć. Mamy kilka godzin czasu, w każdym razie Wilson i ja, bo Robbin udaje się za chwilę na spotkanie z ks Biskupem. Ok. 12- tej Wilson woła mnie na obiad. Gdy wchodzimy do jadalni dostrzegam chyba wszystkich tutejszych księży siedzących już przy stole. Wypadałoby się jakoś przywitać, ale chwilowo nie wiem jak i wpadam w panikę: „Wilson co ja mam powiedzieć?” - pytam i w momencie gdy widzę zdziwioną minę Wilsona uświadamiam sobie, że spytałam go po polsku. „Dzień dobry” po arabsku właśnie zapomniałam, "hello" – zdecydowanie nie wypada, "szczęść Boże" raczej nikt nie zrozumie. Ksiądz Biskup wstaje od stołu i wita się ze mną pozdrawiając po francusku, niestety ze zdenerwowania zapominam co powinnam odpowiedzieć i próbuje wszystko nadrobić pochyleniem głowy i serdecznym uśmiechem. Robbin ratuje mnie tłumacząc szybko, że rozumiem tylko po angielsku. Zaczynamy obiad, atmosfera jest raczej ciężka, ponieważ nikt się nie odzywa. Słychać tylko brzęk sztućców. Wszyscy sobie usługują i są mili, ale obiad przebiega w kompletnej ciszy. Prawdę mówiąc marzę o tym, żeby już stąd pójść. Po obiedzie wychodzimy do przestronnego holu gdzie stoi kilka stolików. Wypijamy herbatę i kawę w towarzystwie ks. Biskupa i tutejszych księży. Wilson rozbraja atmosferę rozśmieszając czymś wszystkich, ale mówi po arabsku i niestety nic nie rozumiem. W każdym razie dzięki niemu, robi się nieco milej. Po obiedzie zabieramy swoje rzeczy, żegnamy się z wszystkimi i wsiadamy do podstawionego samochodu. Kierowca zabierze nas do miejscowości Tahta, oddalonej ok 30 km od Sohag. To właśnie tu mają osiedlić się misjonarze z SMA już we wrześniu. Jedziemy zobaczyć przydzielony im przez ks. Biskupa apartament. Budynek graniczy z murowanym, dość dużym i ładnym kościołem i znajduje się przy gęsto zabudowanej ulicy. Na dole mieszka ksiądz koptyjski Antonio, starszy, otyły w zakurzonej jak wszyscy tutaj czarnej sutannie, otwiera szeroko drzwi i serdecznie zaprasza nas do środka. Apartament dla Jean Paula i Wilsona znajduje się pięto wyżej. Składa się on z dwóch niezbyt dużych pokoi z kuchnią, jednej łazienki i wąskiego balkonu. Wszystko jest pokryte gruba warstwą kurzu i wymaga remontu, ale generalnie robi dość dobre wrażenie. Wilson jest jednak trochę rozczarowany. Brakuje miejsca na prywatna kaplicę, korzystanie z jednej łazienki może być nieco uciążliwe i na dodatek brak pokoju dla gości. Martwimy się też trochę o Jean Paula, który będzie smutny jeśli nie znajdzie miejsca na ogród i nie będzie mógł rozwijać tutaj swojej ogrodniczej pasji. Zwiedzając wszystko po kolei wychodzimy na dach budynku. Znajduje się tutaj jedna wielka rupieciarnia, ale Robbin z Wilsonem snują już plany o wykorzystaniu tej powierzchni na pokój gościnny i może nawet kaplicę. Robi się popołudnie, pociąg już odjechał i musimy do Kairu wracać busem. Zwiedzamy jeszcze kościół, robimy kilka pamiątkowych zdjęć i żegnamy się z Abuną Antonio. „Cieszysz się, że tutaj będziesz?” - pytam Wilsona - „Jasne, bardzo się cieszę” - pada odpowiedź; „To nowe wyzwanie i nowa szansa, żeby zrobić coś naprawdę dobrego. Tutaj ludzie są inni, wspólnoty koptyjsko-katolickie są bardzo liczne i żywe. Ludzie przychodzą na msze święte, na spotkania, spowiadają się, szukają u księży rady w wielu sprawach swojego życia, chcą naprawdę żyć wiarą. Wierzę, że będę im potrzebny i że wiele się od nich nauczę” odpowiada Wilson. Gdy wychodzimy przed budynek bus już na nas czeka. Jest wyjątkowo w dobrym stanie jak na egipski standard. Pakujemy się do środka i powoli opuszczamy te strony. Podziwiam egipski krajobraz. Liczne farmy przy drodze, dojrzewające na palmach daktyle, osiołki ciągnące wozy załadowane kukurydzą, biegające często boso, umorusane dzieci, mężczyźni w długich zazwyczaj szarych lub białych galabijach podróżujący na osiołkach, stragany z warzywami i owocami i małe przydrożne sklepiki… Słońce zaczyna zachodzić gdy wyjeżdżamy na trasę szybkiego ruchu. Za zielonym pasem farm widoczna jest górzysta pustynia. A jeszcze kilka lat temu myślałam, że pustynia jest płaska i piasek na niej przypomina ten nasz z polskich plaży… Wkrótce farmy giną mi z oczu i pustynia staje się wszechobecna, widoczna aż po horyzont z obu stron naszej drogi. Słońce jak zawsze w tej szerokości geograficznej zachodzi bardzo szybko. Kilka dłuższych chwil i już chowa się za pustynnymi górami. Jedziemy naprawdę szybko. Nasz kierowca robi kilka rzeczy naraz: prowadzi samochód rozmawiając nieustannie przez telefon komórkowy i umawiając transport kolejnym klientom i jeszcze obsługuje video włączając co już jakiś nowy film. Filmy są po arabsku więc nawet nie staram się ich śledzić, Robbin ogląda bo często wybucha śmiechem, Wilson próbuje śledzić akcję, ale w końcu się zniechęca, bo nie rozumie wielu arabskich słów. Przemieszczamy się dużo szybciej niż pociągiem bo po około sześciu godzinach jazdy wjeżdżamy do Kairu. Wszyscy jesteśmy zmęczeni.” Robbin, a co z kierowcą, zostaje z nami na noc, czy on może mieszka w Kairze ?” pytam. „Wyobraźcie sobie, że on jeszcze tej nocy wraca do Sohag” - mówi Robbin - „Umówił sobie pasażerów na drogę powrotną”. Prawdę mówiąc jesteśmy przerażeni tym pomysłem. Jechaliśmy tak długo, dochodzi północ, jak on da radę wrócić? Współczuję mu z całego serca i podziwiam jednocześnie… mam nadzieję, że bezpiecznie dotrze do domu. Dzień trzeci - Attaba W piątek rano budzę się dosyć późno. Biorę szybki prysznic i właśnie się zastanawiam co robić dalej, gdy słyszę pukanie do drzwi. To Robbin z brewiarzem w ręku, prawdopodobnie wracający z porannej modlitwy: „Pukałem do ciebie wcześniej, bo ks. Peter szedł do hinduskich sióstr odprawiać mszę św i pomyślałem, że może chciałabyś pójść z nim, ale chyba spałaś” - mówi. „Och szkoda, bardzo chciałam z nim pójść” - odpowiadam zmartwiona. Bardzo lubię te siostry, a poza tym Peter odprawia tam po angielsku i chętnie posłuchałabym jego refleksji nad dzisiejszą Ewangelią. No trudno, może pójdę następnym razem, pocieszam się. Nie jestem głodna i nie mam ochoty na śniadanie, a poza tym nie mam pomysłu na dzisiejszy dzień. Msza święta będzie tutaj dopiero wieczorem, do obiadu o 13-tej też jeszcze sporo czasu. Postanawiam napisać do Wilsona: " Co robisz dzisiaj Wilson” - pytam - „...bo ja nie mam pomysłu i mam dużo wolnego czasu”. „ Jadę na Attaba kupić stojak do mojej gitary...Jeśli chcesz możesz jechać ze mną”. Ok. Odpisuję uradowana, zawsze to jakiś pomysł i jakieś nowe doświadczenie w moim poznawaniu Kairu. Zgodnie z umową czekam na Wilsona o godz. 11-tej przed moim domkiem. Attaba jest niedaleko, dwie stacje metrem od nas. Pamiętam to miejsce, tutaj umawiałam się rok temu z Danielem, świeżo ochrzczonym muzułmaninem gdy jechaliśmy razem na zakupy do Chan al- Chalili. Tym razem jednak mamy duży problem z odnalezieniem sklepów ze sprzętem muzycznym. Wilson był tutaj dość dawno i musi kilkakrotnie pytać o drogę. W końcu jesteśmy na miejscu. Stojaki pod gitarę podobne do naszych w Polsce, wyglądają całkiem solidnie i cena tez wydaje się przyzwoita, ale Wilson nie jest do nich przekonany. „O co chodzi Wilson?” - pytam - „Te stojaki są naprawdę w porządku, znam się na tym , w końcu mam syna gitarzystę.” „Wolałbym plastikowe bo będą lżejsze, no i są trochę za drogie” -odpowiada. „Wilson, one są serio dobre, plastikowe będą mniej stabilne, poza tym możemy zawrzeć umowę, mam trochę funtów, zapłacimy po połowie” - dodaję a uśmiechem. Wilson jest zadowolony, ja też, nawet bardzo, zwłaszcza , że jest 12 –ta w południe i żar leje się z nieba, nie mam specjalnej ochoty na szukanie kolejnych sklepów ze stojakową ofertą. Wracamy do domu w pełni zadowoleni, dochodzi pierwsza i chcemy zdążyć na wspólny lunch. Po drodze Wilson wymienia mi najważniejsze cele jakie sobie postawił i ma zamiar osiągnąć w najbliższym możliwym czasie. „Chcę nauczyć się dobrze lokalnego arabskiego, udoskonalić grę na gitarze, skończyć kurs na prawo jazdy, aby poruszać się tutaj samochodem…” - wymienia prawie jednym tchem - „Wtedy będę mógł prowadzić wiele spotkań z ludźmi po arabsku i naprawdę głosić Ewangelię…”. "Jesteś młody, zdolny, ambitny i pracowity, dasz radę, inshallach" - śmieję się serdecznie. Pamiętam dobrze jego wyniki z egzaminów w szkole arabskiego, nie widziałam żadnego poniżej 90-ciu procent. Zaczynam myśleć o swoich życiowych celach… tyle z nich już za mną, mam chyba teraz jeden cel…chciałabym bardziej przylgnąć do Pana Jezusa i być po prostu lepszym człowiekiem…. Na obiad spóźniam się kilka minut, bo wszyscy już siedzą przy stole gdy wchodzę do jadalni. Wita mnie gromkie, słyszalne już od drzwi "Alinaaa, hellooo" …. Jean Paul właśnie wrócił z wakacji i cieszy się na mój widok, wtóruje mu Peter, który raptem nie widział mnie 1,5 dnia…reszta też wydaje się być bardzo zadowolona. Ich naprawdę nie sposób nie lubić, czy można się dziwić, że czuję się tutaj jak w swoim domu ? Ściskam Jean Paula i pokazuję mu paczki z nasionami trawy, które przywiozłam dla niego z Polski. Jean Paul jest zapalonym ogrodnikiem, jest kompletnie oszalały na punkcie roślin i ogrodu, pielęgnowanie których uważa wręcz za swoją misję. Ma ciągle problem z wyhodowaniem dobrej trawy, bo mimo podlewania trawa szybko usycha, próbował już wielu gatunków i wszystko na nic. Nieraz o tym rozmawialiśmy i wyszukałam dla niego w Polsce nasiona trawy szczególnie odpornej na słońce, chcemy spróbować czy polska trawa poradzi sobie w egipskim klimacie. Po obiedzie idę na zakupy. Mam zamiar upiec jutro bananowe ciasto, które wszyscy bardzo lubią. Chcę zadośćuczynić Isie, który podczas ostatniego mojego pobytu tutaj zjechał niezły kawałek Kairu w poszukiwaniu potrzebnych do ciasta bananów, a ja zamiast smacznego ciasta upiekłam dwa potężnych rozmiarów zakalce. Niestety zabrakło mi czasu, aby się zrehabilitować, bo był to mój ostatni dzień przed powrotem do Polski i mam zamiar zrobić to teraz. Przepis na bananowe ciasto, a raczej „banana bread” przywiozłam z Kenii od sióstr Robbina. Ciasto jest bardzo smaczne, ale zaburzenie proporcji pomiędzy składnikami kończy się często zakalcem czego doświadczyłam niestety ostatnio. W każdym razem jutro spróbuję jeszcze raz i mam nadzieję, że pójdzie mi lepiej. W niewielkim sklepie samoobsługowym niedaleko od naszej stacji metra jest zawsze tłok. Problemem bywa nieznajomość arabskiego, bo niewielu ludzi mówi po angielsku, nawet młodzież miewa problemy z angielskimi liczbami co źle świadczy o poziomie w tutejszych szkołach. Ale i tak uwielbiam robić sama zakupy, zwłaszcza, że ludzie są serdeczni i usiłują pomóc, a ceny w sklepach takich jak ten są stałe i nie grozi mi żadne oszukaństwo co jest normą na każdym bazarze. Kupuję wszystko co mi potrzebne łącznie z dwoma kilogramami bananów i bardzo zadowolona z siebie wracam do domu. W salonie na górze spotykam Petera –„ Kupiłaś to wszystko sama?” - pyta ze zdziwieniem. Peter jest odpowiedzialny we wspólnocie za opiekowanie się gośćmi i dotychczas on kupował wszystko czego potrzebowałam do moich kulinarnych poczynań. "Jasne, że sama, bez problemu” -odpowiadam nie kryjąc dumy. „Teraz zawsze będę robić sama zakupy, to naprawdę fajne doświadczenie” - dodaję. Wieczorna msza jest dzisiaj po francusku. Zdecydowanie wolę po francusku niż po arabsku, ale i tak wspomagam się tekstami czytań w moim telefonie. Gdy wychodzimy z kościoła jest już ciemno. Oczywiście ciemno nie oznacza w Kairze końca dnia. Robi się chłodniej i życie tutaj dopiero się rozkręca. Lubię to miasto i lubię ten nocny gwar i ruch na ulicach, lubię słuchać nawoływań do modlitwy płynących z licznych meczetów, lubię obserwować roześmianych ludzi wokół…."Jaki ten świat byłby piękny gdyby ludzie umieli żyć na nim jak bracia" – rozmarzam się u schyłku dnia. Dzień czwarty - Maadi Niedzielę zaczynam śniadaniem razem z Wilsonem i ks. Amalem. Amal jedzie wkrótce do Heliopolis odprawić niedzielną mszę świętą dla filipińskiej wspólnoty. Lubię tam być i mogłabym mu towarzyszyć, ale Wilson obiecał, że mnie zabierze wieczorem do bardzo odległej i zupełnie nieznanej mi dzielnicy Kairu - Maadi, gdzie będzie miał mszę św po angielsku dla wspólnoty obcokrajowców głównie Hindusów i Sudańczyków i chcę pojechać z nim. Podczas śniadania rozmawiam z Wilsonem o filmie video, który wczoraj wieczorem mi wysłał . „Nie jestem przekonana czy ten ksiądz zrobił dobrze, Wilson, nie wydaje mi się…” zagajam rozmowę. Film opowiada historię pewnej spowiedzi podczas której bardzo skruszony penitent, starszy już człowiek, chory na śmiertelną chorobę, wyznaje, że wiele lat temu zabił człowieka kierując samochodem i uciekł z miejsca wypadku, pozostawiając zabitego mężczyznę z małym chłopcem. Nigdy za to nie został ukarany, ale wyrzuty sumienia zniszczyły mu całe życie. Podczas spowiedzi okazuje się, że tym osieroconym przez niego chłopcem jest właśnie spowiadający go ksiądz, który musi odbyć walkę z samym sobą, aby móc wypowiedzieć formułę przebaczenia. Na koniec przyznaje się, że to on właśnie jest tamtym małym chłopcem i chcąc pocieszyć płaczącego mężczyznę kłamie mówiąc, że jego tata nie zginął podczas tego wypadku. Zakończenie historii wcale mnie nie przekonuje, „po co on to zrobił ,Wilson „ pytam, „ przecież wystarczyłoby gdyby mu z serca przebaczył, oni obydwaj poczuliby się wtedy lepiej i to byłoby wystarczająco piękne”. Wilson tłumaczy coś niewyraźnie i bez przekonania. W końcu okazuje się, że wysłał mi film, który obejrzał tylko do połowy. „Wilson, nie rób tego więcej, śmiejemy się razem z Amalem, nie wysyłaj czegoś czego nie oglądałeś, bo w końcu wyślesz komuś coś głupiego wcale o tym nie wiedząc”. W niedzielę zazwyczaj nie ma pań w kuchni , które codziennie gotują dla wszystkich. Zwykle wykorzystuję ten dzień żeby przygotować jakiś polski obiad, ale dzisiaj mam wolne, bo gotują seminarzyści. Czekam więc z niecierpliwością na potrawy z Zambii i Wybrzeża Kości Słoniowej. Będzie też domieszka kuchni hinduskiej, bo Wilson przygotował wczoraj moją ulubioną wieprzowinę w hinduskich przyprawach. Obiad rzeczywiście jest pyszny: ciapati, które uwielbiam, wieprzowina w sosie, kurczak w sosie z warzywami dwa rodzaje warzywnych sałatek i arbuzy na deser. „Wy gotowaliście to ja dzisiaj zmywam” -oświadczam zdecydowanie, ks Amal nie daje jednak za wygraną i bierze się za zmywanie zanim kończymy znosić talerze.” Father, dam radę sama, serio, w domu zmywam więcej i to codziennie”- usiłuję go przekonać, ale Amal, który jest cichym, spokojnym, ale bardzo uczynnym i przemiłym człowiekiem wydaje się nie słyszeć co do niego mówię… Z pomocą przychodzi mi Joshua, który woła Amala do pokoju na górze na spotkanie. Fajne jest to, że oni się spotykają, omawiają razem wszystkie sprawy, dbają o siebie nawzajem i mają dużo cierpliwości i wyrozumiałości dla pasji współbraci. Duża w tym zasługa Robbina , który jest tutaj proboszczem. Niejedna wspólnota w Polsce mogłaby się od nich wiele nauczyć. Kończę zmywanie gdy Joshua i Rodrig przychodzą mi pomóc: „Skończymy i umyjemy kuchnię” - mówią. Wieczorem jedziemy z Wilsonem do Maadi. To rzeczywiście daleko, podróż metrem zajmuje nam około 40-tu minut. Gdy opuszczamy metro czeka mnie miła niespodzianka: dookoła jest dość czysto i bardzo zielono. Liczne drzewa, kwitnące krzewy, dorożki na boku ulicy, znacznie mniej samochodów... Jaki to kontrast z naszą Szubrą, aż trudno uwierzyć, że to ten sam Egipt. Ładny, zadbany kościół i rozśpiewana wspólnota obcokrajowców potęguje radość bycia tutaj. Szkoda tylko, że akustyka i nagłośnienie są niezbyt dobre, bo z trudem rozumiem wypowiadane przez Wilsona słowa. Po mszy świętej zostajemy zaproszeni na kolację do pewnej hinduskiej rodziny mieszkającej od wielu lat w Kairze. Spędzamy z nimi bardzo miły wieczór delektując się hinduskim jedzeniem, na szczęście dla mnie umiarkowanie ostrym i opowiadając sobie różne historie. Z zaskoczeniem i radością dostrzegam w ich mieszkaniu duży obraz Jezusa Miłosiernego. „Czy wiecie jak powstał ten obraz i znacie św Siostrę Faustynę Kowalską?"- nie mogę się powstrzymać od zapytania. Niestety nie znają. Opowiadam więc o Siostrze Faustynie pełna dumy, że to Polka i że namalowany wg jej wizji obraz Pana Jezusa dotarł aż tutaj do mieszkania hinduskiej rodziny w odległym Kairze. Jest już naprawdę późno gdy wracamy z Wilsonem do domu. To był bardzo, bardzo miły dzień. Poniedziałek to ważny dla mnie dzień. Umówiłam się z Robbinem na spotkanie podczas którego chcę mu opowiedzieć o warsztatach terapii zajęciowej prowadzonych w Polsce dla ludzi niepełnosprawnych fizycznie i umysłowo. Parafia na Szubrze opiekuje się od wielu lat niepełnosprawnymi, których w Egipcie jest bardzo wielu. Znajduje się tutaj ośrodek dla niepełnosprawnych pod nazwą „Club de Bonheur”. Dwa lata temu nasze stowarzyszenie zorganizowało duży projekt zbierania pieniędzy na zakup nowego autobusu dla tego ośrodka. Akcja zakończyła się sukcesem, autobus został kupiony, a teraz chcielibyśmy zaangażować się w rozwój istniejącej tutaj szkoły. Szkoła przypomina w istocie nasze placówki terapii zajęciowej, ale jest bardzo uboga zarówno materialnie jak i pod względem realizowanych zajęć. Wszystko wydaje się tutaj mało zorganizowane, a brak materiałów, mało urozmaicone zajęcia i niskie pensje wydają się wpływać frustrująco na nauczycieli. Miesiąc temu parafię odwiedziło dwóch polskich studentów, którzy odbywając staż zorganizowany przez nasze stowarzyszenie zobowiązali się do przeprowadzenia projektu i zebrania pieniędzy na budowę i wyposażenie kuchni dla tego ośrodka. Ja natomiast chciałabym rozwinąć zakres proponowanych ludziom niepełnosprawnym zajęć , aby urozmaicić ich czas i wesprzeć na wszelki możliwy sposób pracujących z nimi nauczycieli. W tym celu odwiedziłam w Polsce warsztaty terapii zajęciowej, nawiązałam kontakty z naszymi nauczycielami, poczytałam na ten temat i zakupiłam trochę materiałów na których bazują nauczyciele warsztatów terapii dla niepełnosprawnych w Polsce. Teraz chcę wszystko przedstawić Robbinowi i przekonać go, że damy radę współpracować, że chcemy ich wesprzeć i że może wyniknie z tego coś dobrego dla nas wszystkich. Jestem trochę zdenerwowana, bo dotychczas Robbin wydawał się odnosić dość sceptycznie do mojego pomysłu. Sprawę komplikuje mój wciąż niezbyt dobry angielski, ale jestem dość zdeterminowana i mam sporo notatek więc mam nadzieję, że dam sobie radę. Przed obiadem jadę jeszcze raz do Koptyjskiego Kairu kupić kilka drobnych prezentów dla przyjaciół. Gdy po powrocie wchodzę do jadalni dostrzegam dwie butelki wina na stole. „Co, wy dzisiaj obchodzicie święto św. Augustyna?" - żartuję, gdyż właśnie dzisiaj kościół wspomina go w liturgii. Peter nic nie mówi tylko uśmiecha się tajemniczo. Po obiedzie chłopaki przynoszą czekoladowy tort i stawiają go przed Robbinem, nalewają wino do kieliszków i przynoszą prezenty. Okazuje się, że postanowili uczcić Robbina urodziny, które co prawda były na początku miesiąca, ale jubilat był wtedy poza parafią. Robbin dostaje szary T-shirt, który tutejszym zwyczajem musi od razu na siebie założyć oraz magiczny kubek, który jest czarny, ale gdy Peter wlewa do niego przygotowaną już wcześniej gorącą wodę pokazują się zdjęcia Robbina z przyjaciółmi. Jedno z nich przedstawia Robbina w wełnianej czapce i kurtce: „Zobacz, to zdjęcie z Polski, w Tatrach, to ty je zrobiłaś" - cieszy się Robbin. Urodzinową ucztę kończą przyniesione przez Petera lody waniliowe w ulubionym przez Robbina smaku. Jean Paul jest rozżalony i obrażony, rzeczywiście rozmowa jest w takiej sytuacji bardzo trudna. Trochę się wtrącam i uspokajam go jak umiem. Podziwiam Isę, jego spokój, widzę, że tak bardzo nie chce urazić współbrata, a jednocześnie chce, aby wszyscy byli zadowoleni. W końcu osiągają jakiś kompromis, Jean Paul porozmawia z nowym ogrodnikiem i zarządzi uporządkowanie ścieżek. Pozostaję pod wrażeniem tej rozmowy ich delikatności i dbałości o siebie. Dzień szósty - wyprawa do hinduskich sióstr Kościół sióstr mieści się w dużym ogrodzie. „Zobacz jak tutaj ładnie, właśnie o to mi chodzi, aby w naszym ogrodzie było podobnie” - mówi Wilson wracając do naszej wczorajszej dyskusji z Jean Paulem; „Mnie wasz ogród podoba się dużo bardziej - odpowiadam zgodnie z prawdą - ludzie mają różne gusty i trudno wszystkim dogodzić. Najważniejsze, żeby być zdolnym do pewnych ustępstw, mam nadzieję, że osiągnięcie w końcu jakieś porozumienie w tej kwestii.” Po śniadaniu postanawiam sama odwiedzić hinduskie siostry. Byłam u nich kilka razy i bardzo je lubię, ale droga tam jest dość skomplikowana i nigdy jeszcze nie szłam do nich sama. Robbin rysuje mi mapę na kartce papieru i dzwoni uprzedzając, że przyjdę. Samodzielne poruszanie się po zatłoczonym Kairze jest zawsze przygodą i sprawia mi przyjemność, pakuję więc szybko aparat fotograficzny i kilka potrzebnych rzeczy i za kilka minut nieco podekscytowana udaję się w kierunku metra. Przejazd metrem mimo przesiadki jest prosty, sprawa komplikuje się dopiero gdy trzeba pokonać wyznaczony odcinek pieszo. Nikt nie używa tutaj bowiem nazw ulic. Zwykle zresztą są one napisane po arabsku lub w ogóle niewidoczne. Drogę trzeba po prostu zapamiętać co w tym labiryncie ulic i uliczek nie jest takie proste. Podczas lunchu w naszej parafii wszyscy mają kiepski nastrój. Jean Paul jest chory i nie ma go na obiedzie. Nie ma już gorączki, ale nie może jeść i jest bardzo osłabiony, poza tym boli go ciągle głowa. Od kilku dni próbuje umówić się na wizytę do lekarza, ale lekarza nie ma. Wszyscy się obawiają, że może mieć malarie. Malaria co prawda nie występuje w Egipcie, ale w Afryce Zachodniej zachorowań jest bardzo dużo, a Jean Paul wrócił właśnie z wybrzeża Kości Słoniowej. Bardzo mi go szkoda, ale też nie wiem jak mu pomóc. Przynoszę tylko tabletki przeciwbólowe, a Peter zanosi mu do pokoju trochę obiadu. Wieczorem długo nie mogę zasnąć. To mój ostatni dzień tutaj. Mam nadzieję, że przyjadę za kilka miesięcy rozwijać nasz projekt wsparcia szkoły, ale zawsze jest mi smutno gdy wyjeżdżam z Kairu. „Try to help yourself before you call a doctor" ( spróbuj pomóc sobie sam zanim zadzwonisz po doktora). „My friends and brothers SMA fathers”. Dzień siódmy-ostatni dzień w Kairze Jean Paul czuje się dzisiaj lepiej i jest z nami. Joshua robi kilka pamiątkowych zdjęć moim aparatem. Po obiedzie zabieram się po raz kolejny za pieczenie ciasta. Peter zamówił jedno, bo chce je zabrać na jakieś spotkanie, wszyscy pozostali też na nie czekają. Ostatnio wszyscy kupowali banany i obecnie mamy ich tyle, że muszę się sprężać z tym pieczeniem, bo w końcu nie zdążę na samolot. Do kuchni wchodzi father Isa. Isa jest urodzonym nauczycielem. Sam ciągle coś studiuje, zna dobrze klasyczny arabski i denerwuje się gdy inni zniekształcają ten język mówiąc np. egipskim dialektem. Poza tym Isa uwielbia mieć słuchaczy, a ja lubię go słuchać, przebywanie z nim to dla mnie prawdziwa przyjemność. Nieraz wspominamy moją pierwszą wizytę tutaj w 2014 roku, kiedy nie znałam prawie w ogóle angielskiego i nikt nie mógł się ze mną porozumieć. „Zobacz, a teraz nawet kłócisz się ze mną po angielsku!” - śmieje się Isa. Dzisiaj postanawia nauczyć mnie kilku arabskich słówek i nieźle się trudzi próbując zapisać ich wymowę łacińskim alfabetem . W końcu mu się udaje i ćwiczymy arabskie pozdrowienia oraz wymowę różnych rodzajów arabskiego „h” . Prawdę mówiąc, idzie mi całkiem nieźle. Mam zamówioną taksówkę na godzinę 23:30 . Robi się późno, w pokoju gościnnym na górze zostają już tylko Wilson i Robbin. Każdy mój pobyt w Kairze jest inny, każdy uczy mnie czegoś nowego, każdy ubogaca i poszerza moje serce. Ktoś mi kiedyś powiedział, że do Europy jeździ, aby poznać jej historię i kulturę, ale do Afryki po to, aby spotkać ludzi. Kocham Kair nie ze względu na jego historię czy piękno, ale z uwagi na ludzi, którzy tutaj są. Oni dzielą się ze mną swoją wiarą, swoim trudem podążania za Chrystusem, niekiedy też swoimi słabościami i upadkami. Uczę się od nich co to znaczy być wspólnotą, uczę się prostoty, delikatności i dbałości o siebie nawzajem. W czasach nieustannego pośpiechu, pracy od rana do wieczora, w czasach pokręconych, zagmatwanych relacji, różnych gier i układów - oddycham tutaj głębiej, jakby wracam do źródeł. Alina Goska, członek Stowarzyszenia Dom Wschodni
A raczej na nudę która może w nich panować…Jeszcze długo będzie nam ubywało dnia a przybywało nocy wiec warto pomyśleć co z tym fantem zrobić. A no proste. Wyłączyć światło, telewizor. Poza tym potrzebne(u nas wszystko na dwa żeby nie było kłótni) dwa pudelka przeźroczyste z przykrywką lampki takie ozdobne na baterie których przy okazji świąt mnóstwo w sklepach (u nas w jednym tez lampka światłowodowa ) kasza manna rozsypana na jednej pokrywce a na drugiej mąka Dzieci mega skupione i na długo. Nie polecam jednak w użyciu mąki bo niby fajna zabawa ale po pierwsze ciemno, jest super zapalasz światło i bałagan nie do ogarnięcia łącznie z wami i waszą garderobą , cały pokój biały ,ale co gorsza trzeba uważać na oczy ,ja o tym nie pomyślałam a raczej zapomniałam….Zaprószyć sobie oczy właśnie mąka to nic fajnego i przyjemnego. Na szczęście oni tego nie doświadczyli, ale ja przekonałam się na własnej skórze i nie polecam, kiepskie doświadczenie. Kasza manna tak nie fruwa pomimo że mąka jest chyba przyjemniejsza w dotyku to ładniej się pisze na kaszy. Zabawa prosta, podpatrzona gdzieś w zeszłym roku i zapomniana. Chyba przez nastrój świąteczny którego tak wyczekuje przywołał ją do mnie 🙂 W każdym razie polecamy my na pewno będziemy do niej wracać, może następnym razem użyjemy ryżu??Myślę ze gorczyca tez by się tu sprawdziła albo bułka trata. Co tam macie w domu- raczki pracują i dzieci tradycyjnie uczą się czegoś nawet o tym nie wiedząc. To lubię ! i wszyscy na biało Sprzątanie tez bywa fajne 😀
o której robi się ciemno w egipcie