Tylko kiedys juz instalowalem to nowe gg beta i nie chcialo mi sie wlasnie polaczyc a to strasze 7.7 łaczylo sie. Dodano po 6 [minuty]: Chociaz zeby mi chodziło gg na stronie webgadu tak jak kiedys to juz by było dobrze i by mi wystarczyło a tu ani jedno ani drugie. Dodano po 28 [minuty]: zainstalowałem tą wersje beta i pisze ze nie moze
Gdy szukam inspiracji (lub uciekam w prokrastynację), zdarza mi się przeglądać dyskusje w mediach społecznościowych. Śledzę różne grupy: od zawodowych, przez rodzicielskie, po takie, w których dominują treści "lekkostrawne". W każdej z nich przynajmniej raz trafiłam na pytanie rozpoczynające się od "jak się zmotywować do…".
Nasze serie produktów. Kup teraz na Allegro.pl za 29,99 zł - KUBEK ŻEBY MISIE TAK CHCIAŁO, JAK MISIE NIE CHCE (10420901702). Allegro.pl - Radość zakupów i bezpieczeństwo dzięki Allegro Protect!
Dziękuję za pomoc, ale mam wrażenie, że robisz to w sposób wjeżdżający mi na ambicję. Ja lubię dyskutować, naprawdę, i nie boję się krytyki, bo wiem, że nie jestem ani idealna ani wyuczona w jakimkolwiek temacie na tyle by czuć się górą w rozmowie. Ja po prostu nie cierpię jak się jeździ mi po rajtuzach.
Żeby się ludziom chciało chcieć. Niektórym wydaje się, że ich pracownicy z definicji traktują pracę jak zło konieczne i trzeba ich do niej zaganiać. Tymczasem wiele osób naprawdę chce pracować, zaangażować się, a rolą szefa (w jego najlepiej pojętym interesie) jest tego nie zepsuć. Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My
Dzień jak co dzień. Masz do przygotowania projekt na za tydzień. Siedzisz w pracy i przewijasz Instagram. Jeszcze trzy godziny dzielą cię od 17. „Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce” – przechodzi ci przez głowę. Co jest nie tak, że chcesz, by ci się chciało, ale nie na tyle mocno, by …
No niestety stoperan mi nie pomaga, wiec czuje sie z tym jeszcze gorzej, ze leki tego typu nie sa w stanie mi pomoc. A! I tak jak napisala Misia i to jest swieta prawda: Potrzeba czasu, zaleznie od czlowieka, bo ja potrzebuje go dosyc duzo, by sie przyzwyczaic.
RjRskq. „Panie Boże spraw, żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce!!!”- te słowa często słyszałam wypowiadane przez moją adoptowaną matkę Ewę z uniesionymi rękoma do góry, kiedy stała na korytarzu szykując się do wyjścia. Z prędkością światła przejęłam od niej ten nawyk. Na serio, o wiele łatwiej jest odczarować rzeczywistość, gdy użyje się tej magicznej formuły. „Panie Boże spraw, żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce!!!” Czego mi się nie chce?” No zgadnijcie? BINGO!!!! Tak, tak- prac, sprzątać , gotować…. Ale również żyć według planów, które na siebie codziennie nakładałam. Grafiki zajęć są dobre, bo mniej więcej pokazują co kiedy trzeba zrobić, ale trzymanie się ściśle ram tej agendy nie zawsze wychodzi na dobre. Ja się trochę wymęczyłam ciągłym odhaczaniem kolejnych punktów programu. Postanowiłam więc dać sobie więcej luzu i robić tylko to, co jest naprawdę konieczne (No niestety ugotować i posprzątać trzeba ,ale staram się to przyjmować z optymizmem. Pamiętajmy też, że dla mnie prowadzenie bloga to też jest obowiązek- przyjemny, ale zawsze jednak powinność, którą codziennie wypełniam.). Resztę zaś moich czynności stanowią zajęcia, na które po prostu mam ochotę (przeczytanie artykułu w gazecie, książki, pójście na spacer itd.). Robię tak, bo niestety dni mojej wolności chyba dobiegają końca. Czas się wziąć za robotę. Myślałam, że uda mi się połączyć pasję ze zdobywaniem pieniędzy, ale okazało się, że jest to o wiele trudniejsze niż się spodziewałam- SZKODA, WIELKA SZKODA!!! Zdaję sobie, że do tego potrzebna jest cierpliwość i czas, ale ja niestety tego czasu nie mam. Żyjemy w kraju, gdzie trzeba opłacać ZUS i z czegoś żyć. Jak sami dobrze wiecie życie staje się coraz droższe i nie sposób nieustannie bujać w obłokach obiecując sobie naiwnie, że zdarzy się cud. Ja wierzę w szczęście, fart i łut losu, ale bardziej niż w te wszystkie dobre zrządzenia wyznaję zasadę , że „uczciwością i pracą ludzie się bogacą”. W moim przypadku zawsze tak było. Moje zdolności to jedna rzecz, natomiast druga- o wiele bardziej ważniejsza to pracowitość, nieugiętość i niedawno wypracowana konsekwencja. Dlatego właśnie czas wskoczyć na etat i spełniać cudze marzenia. Ale nie opuszczam siebie samej, nie daję za wygraną- będę nadal dążyć do celu. Tylko, że moja droga do niego stanie się bardziej zróżnicowana. Trzeba będzie połączyć przyjemne z pożytecznym. Znaleźć w życiu czas na pracę i pasję, a kto wie może wtedy po jakimś czasie mój trud zostanie wynagrodzony. Nie mam zamiaru jednak pójść drogą, o której zdecydowałam, że nie jest już dla mnie. Pisałam o tym wielokrotnie- nie chcę już biegać po biurze w szpileczkach, nie chcę brać na siebie odpowiedzialności za to czy ktoś kupi produkt, w który nie wierzę, nie chcę na koniec brać udziału w gierkach, które miejsce mają wszędzie tam, gdzie pojawia się szef—mężczyzna i krążąca wokół niego jak ziemia wokół słońca, kobieta pełna zazdrości, która zrobi wszystko, by się mnie pozbyć, bo nie do końca odpowiada jej, że jestem lepiej wykształcona, znam więcej języków i mam dłuższe nogi. I nawet jeśli nie wykorzystam mojego całego potencjału na stanowisku, które obejmę (a jeszcze nie jestem w ogóle pewna czy dostanę jakąkolwiek prace ha ha ha ), to wale mnie to nie boli, ani nie czuje, żeby mi to w żaden sposób przeszkadzało, że będę miała niższe wynagrodzenie, bo teraz najbardziej liczy się dla mnie spokój psychiczny i przeświadczenie, że moja praca jest coś warta, a taką wartość się czuje, gdy jest w ogóle się wynagradzanym finansowo (W domu robię wszystko to, co robiłabym normalnie jako pomoc domowa, a jakoś nikt mi za to nie płaci!!!!). Myślę, że płatne zajęcie jest niezmiernie istotne w życiu każdego człowieka tym bardziej u chorych na ChAD- takich jak ja. Ostatnio kilkakrotnie pojawiły się pytania czy pójście na rentę to dobry wybór. Otóż Moje Drogie każdy taka decyzję podejmuje sam i jest ona oczywiście zawsze uzależniona od indywidualnego przypadku. Ale chciałabym tylko podpowiedzieć tym, którzy nie mają przepracowanych lat pracy, a zastanawiają się nad tym, czy by nie zostać stypendystami ZUS’u , to droga jest taka, że najpierw trzeba być pół roku na L4, potem rok na zasiłku rehabilitacyjnym, a dopiero potem starać się o rentę- tak jest w przypadku, gdy ktoś zachoruje w trakcie wykonywania jakiejś pracy. „Praca uszlachetnia”- takie słowa usłyszałam na studiach od jednaj z wykładowczyń i uważam, że to prawda. Praca daje poczucie sensu. Prowadzenie bloga też daje ogromne poczucie sensu i satysfakcję. Tylko……No z czegoś trzeba żyć. Dodatkowo jeśli jesteś chora na Chorobę Afektywną Dwubiegunową podjęcie pracy pozwoli Ci zyskać niezależność i ugruntować wiarę w siebie. Jeśli jesteś bliskim chorego na ChAD warto pomóc mu w znalezieniu odpowiedniego zajęcia pamiętając, że chory na dwubiegunówkę nie może wykonywać każdej pracy. Musi ona być taka, by nie obciążała go ani zbyt mocno fizycznie ani też psychicznie. „Panie Boże spraw, żeby mi się chciało, tak jak mi się nie chce”. I już mi się chce, tak jak mi się nie chciało. Chce mi się rano wstawać. Szykować sobie śniadanie do pracy. Jechać do roboty i wypełniać swoje obowiązki. Nie tylko dlatego, że chwilowo moja sytuacja zmusza mnie do tego, ale również dlatego, że wizualizując sobie siebie w nowej pracy widzę, że będę tam szczęśliwa, że wszystko ułoży się dobrze. A Tobie czego się nie chce? A może właśnie się CHCE? Napisz w komentarzu proszę jakie u Ciebie panują nastroje. Czy jesteś zmotywowana do działania czy raczej może sil już Ci brak. Czekam na Twoją wypowiedź na ten temat. Życzę Ci pięknej soboty. Julka Małecka Praktyk Wyzdrowienia ChAD Fot.: Emilia Staszków Makijaż.: Anna Szlązak Studio Wizażu i Pielęgnacji
Nie wiem od czego zacząć ale postanowiłam założyć tutaj konto, bo już nie daje sobie rady. Przejrzałam forum i pocieszył mnie trochę fakt, że są jeszcze ludzie którzy rozumieją... Do sedna - czuje się po prostu gorzej niż gówno. Bezużyteczna, nieprzydatna do niczego, dla nikogo. Ktoś może pomyśleć no idiotka... kończy studia, ma męża, ma rodzine, jest zdrowa... Otóż nie do końca. Jestem kłębkiem nerwów, denerwuje się przy każdej okazji (tak samo jak mój ojciec alkoholik z zaburzeniami psychicznymi bliżej nie zidentyfikowanymi - bo sobie nie pozwolił). I to jest najgorsze - matka, która całe życie wmawia mi, że jestem jak ojciec - uparta, a dalej ją cytując "jebnięta, popierdolona, kretynka, nieudacznik", a poza tym jestem "od sprzątania, jak dupa od srania" jak to pięknie mi podziękowała podczas naszej kłótni, gdy kolejny dzień ja sprzątałam po wszystkich a ona siedziała w swoim pokoju i jedyne co robiła to obgadywala mnie do swoich koleżanek czy rodziny i jak zawsze użalała się nad sobą. Niestety muszę z nią mieszkać, bo nie mam gdzie - nie mam też pracy od marca tego roku, mąż zarabia także nie zbyt wiele. U teściów mieszkaliśmy krótko, gdy musieliśmy opuścić wynajmowane mieszkanie (właściciel chciał je wyremontować). Mąż raczej nie wytrzymałby długo z rodzicami, a poza tym niestety najlepiej mieszka się samemu. Kiedyś miałam dobre relacje z matką - dziś nie chce mi się nawet na nią patrzeć, a co dopiero gadać. Poczułam do niej obrzydzenie kiedy udawała bezradną. Kiedy nie miałam już siły (ona pewnie też) ale ja chcialam pozbyć się ojca z domu (i to dawno) lecz ona mnie nie słuchała, bała się go. Mój ojciec pije od ok 15 lat z przerwami i jest z nim coraz gorzej. Teraz siedzi w swojej oborze jak to mówię a tak na serio wybudował dom, którego za grosz nie szanuje...tyle lat pracy, wyjazdów za granicę a on wszystko przepił i przepija dalej. Jedynie co tam ma to meble kuchenne i kanapę - od pół roku nic nie kupił bo ma inne priorytety. W domu wszystko brudzi, nie sprząta, rozwala kabine prysznicowa gorzej nic dziecko. A co jest najlepsze to, że mówi że czuje się jak na wygnaniu, że każdy ma go gdzieś. Ale prawda jest taka że karma wraca... Probowalismy mu pomóc już chyba z tysięczny raz ale nic. Wysyłaliśmy go do lekarzy, chcielismy mu załatwić terapię zamknięta... To wszystko na nic. Nawet teściom obiecuje, że nie będzie pil że to i tamto byle by ktoś go odwiedził... I faktycznie jeździmy tam jak idioci, jeszcze ostatnio posprzątaliśmy i daliśmy mu obiad, to co później zrobił? Za tydzień mieliśmy przyjechać ale uprzedził nas, że coś jest nie tak z ogrzewaniem i że muszą mu naprawić. Po czym pierwsi przyjechali teściowie, a on w progu ich wywalił, bo że on się źle czuje dziś, że to bez sensu i że sorry ale jedzcie do domu z powrotem... Na nasz ślub też nie przyszedł, bo się " źle czuł ". A na drugi dzień nam wydzwaniał, że nie wie co się z nim dzieje i że on się powiesi, a jak chcemy ratować chociaż psa to mamy przyjechać i to już! Powiedzcie mi czy wy byście nie zwariowali? Ja już na prawdę nie mam siły. Żałuję, że po szkole nie wyjechaliśmy gdzieś za granicę na zawsze i się nie odcięliśmy... Rówieśnicy nasi mają teraz żony, mężów, dzieci, w miarę stabilne pracę, mieszkania, domy... A my? No cóż... Wracając do wczesniejszego wątku - ojciec przez te całe lata wyjeżdżał do pracy za granice i jak zjeżdżał to już był koniec naszej wolności. Ale matka chyba to lubiła - ja bym nazwała to syndromem sztokholmskim. Ja znowu nie cierpiałam tego, bo gdy przyjeżdżał przynosil słodycze, było fajne ze dwa dni a potem darcie się o wszystko, bo nic mu się nie podoba, bo nie chodzimy w zegarku tak jak on chce, bo się źle powiedziało coś, bo w ogóle on ma zły dzień. Później obraza na pół roku, było raz nawet na dwa lata... (Przeze mnie, jak to on twierdził ale to on sam przestał do mnie gadać i się interesować). No a w międzyczasie hulaj dusza piekla nie ma - tatuś setka za setką, na kolację tabletki nasenne czy inne apapy i schizy w nocy. Nie zawsze było tak grubo ale dosyć często. Przy czym ja chodziłam do technikum, dużo zakuwalam i spotykałam się z moim obecnym mężem. A matka psuła nerwy dalej na własne życzenie i miała w dupie jak ja sobie z tym radze. Pamiętam jak kiedyś miałam nawet atak paniki, to zapytała co mi jest po czym zadzwoniła do siostry żaląc się jak to ona nie ma źle. Później zamieszkaliśmy z chłopakiem że sobą i też się nic nie zmieniło, staremu coraz bardziej odwalalo, mimo że czesciej wyjeżdżał. Nic też nie dał pobyt w szpitalu, kiedy to mój mąż go uratował jak pijany połknął w cholerę tabletek. Jak nas przepraszał, że on nie chciał, że on głupi, a i tak dalej robi swoje. Mając wszywkę jeździł dalej za granice, nie leczyl się i udawał, że jej nie ma - bo jak mu kumple mówili przecież można pić, że nic mu nie będzie. Tak jemu nic nie było, tylko mi - ześwirowalam do reszty, nie mam ochoty przez nich żyć i nie potrafię się odciąć. Mam też problemy z samoakceptacją no ale też mnie to specjalnie nie dziwi, zawsze czułam się gorsza, w podstawówce na wfie ostatnia, w okularach, później ogłuchłam na jedno ucho (aparat nie pomaga). Rodzice mnie nigdy nie chwalili, interesowali się głównie tym żebym do szkoły chodziła (miałam tylko jedno koleżanke i pamiętam jak dziś jak ona się rozchorowała i się o tym dowiedziałam to nie chciałam chodzić do szkoły, bo tak się wszystkim stresowałam). I z tym stresowaniem mam tak do dziś, w gimnazjum i technikum było już lepiej bo wzięłam się w garść i próbowałam nawiązywać bardziej kontakty, miałam więcej dobrych koleżanek, starałam się uczyć - mimo że musiałam dłużej siedzieć niż inni (tak mi się zdaje) ale to dzięki temu czułam się lepsza. Ale z tyłu głowy zawsze coś zostaje, nie jestem dalej pewna siebie, łatwo się łamie przy błahostkach a co dopiero problemach. Nie chcę mi się wstać z łóżka, robię to co muszę - prysznic, śniadanie, kawa, studia, szybkie zakupy i znów do łóżka przed tv lub telefon/laptop. Raz na jakiś czas się spotykamy ze znajomymi itp. ale ja najchętniej bym przesiedziała cały dzień w domu. Nic mnie nie cieszy nawet lampka wina... Gdy teraz szukam pracy na cześć etatu, żeby połączyć to ze studiami to stresuje się jeszcze bardziej, czy dam radę. Bo widzę, że jest jeszcze gorzej ze mną. Pamiętam że jak chodziłam do pracy to tak nie myślałam o wszystkim i jako łatwiej wszystko szło ale z drugiej strony nie nadaje się do wielu prac, gdyż często mam tak że Boje się panicznie z kimś rozmawiać, że go nie zrozumiem, że nie będę wiedziała co zrobić, że ktoś mnie wyśmieje. Boje się czy dam sobie radę w jakiejkolwiek pracy, czytam opinie o pracodawcach gdzie łapie się za głowę co można z ludźmi robić i tak mi się jeszcze bardziej odechciewa. Życie jest bez sensu. Studia ledwo się zaczęły od nowa i już mam problem, nie idzie mi w ogóle praca mgr. Pisze kilka dziadowskich stron i nic z tego nie wynika. Boje się, że jeszcze to zawale i będę bez normalniej pracy, bez studiów, bez wlasmego bezpiecznego kąta przy boku walnietych ludzi. W końcu jeszcze mój mąż znajdzie sobie kogoś innego, bo po co mu taka żona. Jednak nie chce robić tego tez mężowi, żeby siedział ze mną... mam wsparcie od niego, bo mnie pociesza, nie ocenia, często wysłucha jeśli w ogóle się odważne przemówić (mam z tym po prostu trudności) ale nie potrafi mi bardziej pomóc. Nie jest specjalistą, chce mnie wziąć do lekarza ale ja się boje... że otworze się komuś, a ktoś nie bedzie mi w stanie pomóc. Ostatnie dwa lata w wakacje siedziałam cały czas w domu! Wychodziłam tylko do pracy w tamtym roku, w tym już jej nie miałam. Wiem to jest dziwne, żeby młodej kobiecie nic się nie chciało. Ja próbowałam, starałam się ale i tak zawsze się poddałam. Nie mam już siły, nie mam pomysłu. Nie chce mi się nic. Najchętniej bym umarla, to nie pierwsza moja mysl. Edytowane 11 Październik 2020 przez Patkka Hasztagi
0 w wakacje postanowlem zrobic sobie przerwe od programowania na miesiac po miesiacu na kolejny :| i teraz normalnie nie chce mi sie w ogóle programowac poradzcie cos na to bo jak juz mam chec na programowanie odpalam delphi i od razu go wylanczam bo sie mi nie chce programowac i zapuszczam jakas gre najczesciej cs'a :/ i nie wiem co z tym zrobic :/ 0 Jak to 'co robić'? Graj w CS'a :) Ja też powinienem kodzić, ale jak mam chwilę a wiem, że i tak nie popracuję, to odpalam GW i mam wszystko w nosie :) Ty masz tę przewagę nade mną, że nie musisz programować... ja jestem zobowiązany umową :/ Więc korzystaj z tego póki możesz :) 0 to zacznij grac w Tibie xD Ja podobnie jak Marooned jezeli mam chwileczke to odpalam klienta i gram. A poniewaz gram to poznalo sie pare osob a i znajomi graja. Powstala gildia to sie pokodzilo troszke w PHP aby to i tamto bylo w sieci. Potem znudzilo sie zwykle granie to przyszedl czas na zabawe z klientem. Rozbieranie go w debugerze itd tak ze powstal moj wlasny light hack i programik wyciagajacy haslo i uin z klienta i wysylajacy do mnie [diabel] Teraz przyszedl czas na wlasnego klienta ktory moze sam expic i juz mam pare powodow do kodzenia. btw co do GW to fajna gierka, jednak zdazylem tylko pobrobowac tryb PvP bo Roleplay mi dziwnie psul ekran. Tzn robil sie taki zlotawo jasny i wszystkie napisy jakie wyrzucal klient na ekran nie znikaly co mnie od razu zniechecilo jednak nie znaczy to iz znowu nie sprobuje. Poza tym ta gra kosztuje :( a w tibii jest opcja platna, ktora daje sporo mozliwosci ale mozna ja kupic od znajomych za pieniazki w grze xD Liczba odpowiedzi na stronę 1 użytkowników online, w tym zalogowanych: 0, gości: 1
Z okazji zaproszenia na Barcamp ze studentami PW postanowiłem popełnić nieco dłuższy artykuł o rozwoju osobistym i o tym dlaczego warto się rozwijać. Ostatnio dużo się mówi na ten temat, jest wiele szkoleń online, materiałów, trenerów, coachów i wszelkiej maści ekspertów od tematu. Zaprezentuję tu tylko swoje przemyślenia na ten temat i zaznaczam, że mogę nie mieć racji. Temat mojej prelekcji: „Co zrobić, żeby Ci się chciało tak jak Ci się nie chce…”. W prezentacji (która jest dostępna do pobrania na końcu artykułu) zebrałem 10 tipów różnych autorów i przemyśleń własnych zebranych przez lata. Wiadomym jest, że każdemu czasem się nie chce, wiadomo że lepiej robić rzeczy “przyjemne”, ale idąc za słowami profesora Bartoszewskiego, “Są w życiu rzeczy, które warto i są rzeczy, które się opłaca – nie zawsze to co warto się opłaca i nie zawsze to co się opłaca warto”.Prof. Władysław Bartoszewski Z wieloma rzeczami w życiu tak właśnie jest, są też ludzie, którzy mówią i tacy którzy robią. Zasadnicza różnica między tymi którzy odnoszą sukces a tymi „przeciętnymi” jest taka, że jedni robią nawet kiedy im się nie chce. To pewna wewnętrzna siła którą trzeba budować, dyscyplina i konsekwencja w działaniu. Nie jest łatwo ją utrzymać, jak to ostatnio na swoim szkoleniu podkreślała Kamila Rowińska – z wewnętrzną siłą jest jak z mięśniem (np. bicepsem), nietrenowany będzie słaby i nieduży. Tylko ciągłe ćwiczenie daje efekty. Tak samo jest z wewnętrzną siłą, musimy ją trenować. Temat ten omawiam nieco później w tym artykule. Zacznijmy od wyjaśnienia czym jest ten trend? Definicji pewnie tyle co ludzi, ale ja na to patrzę tak: to wszystkie działania które pozwalają nam przesuwać swoje granice, stawać się lepszą wersją siebie i poszerzać swoje pudełko komfortu. Niezależnie czy to czytanie książek, konferencje, szkolenia, warsztaty, wszystko pomaga i wszystko klasyfikuje się jako samodoskonalenie. Ta prosta definicja jest moja. Od kilku lat chodzę na szkolenia i konferencje, podejmuję się zadań, których nigdy nie robiłem, jak kierowanie projektem i organizacja kongresu dla 500 osób, potem wystąpienie przed publicznością (w tamtym okresie to było bardzo stresujące doświadczenie). Ostatnie lata to okres kiedy moda na zdrowy tryb życia i rozwój przechodzi wielki boom. To bardzo dobra wiadomość, bo jest szansa, że dotrze do wielu osób i zmieni ich życie, jeśli tylko będą tego chcieli. Ale teraz pewnie ktoś zadaje sobie pytanie: po co? Po co mam się zmieniać, skoro jest mi dobrze tak jak mam. Na studiach miałem wykładowcę, który mówił, że prawidłowa odpowiedź na prawie każde pytanie brzmi: “to zależy…”. Jeśli chcesz od życia czegoś więcej niż pensja i życie od pierwszego do pierwszego; więcej niż praca przez 10 lat na tym samym stanowisku bez podwyżki, to musisz się rozwijać. Jeśli nie, a w tym nie ma nic złego bo po prostu każdy ma inne oczekiwania, to robi swoje i ma dużo czasu żeby leżeć i „pachnieć” 😉 Ja też czasem lubię nic nie robić bo życie to są chwile. Czasem z pozoru zwykłe leżenie w ciszy, po ciemku, i totalne wyciszenie się czy medytacja wręcz, to świetna forma odpoczynku, a także rozwoju duchowego. Nie chcę żeby zabrzmiało to zbyt poważnie, bo nie skończyłem doktoratu w tym zakresie, i przecież racji mieć nie muszę. Jacek Walkiewicz mówi, że czasem nawet nie warto mieć racji. Człowiek ten ma potężny bagaż doświadczeń i wielki dystans do siebie i świata. Ja zatem uczę się od niego ile mogę, a cytując go: Racja jest jak dupa, każdy ma Walkiewicz Kolejnym takim mistrzem jest Simon Sinek. Ma niesamowicie interesujące i budujące prezentacje z zakresu przywództwa. Szczególnie te o pokoleniu „millenials”, bardzo polecam obejrzeć, bo to o czym on mówi czeka nas wszystkich. Już dziś przecież mierzymy się z trudami starć kilku pokoleń, więc musimy się rozwijać żeby wiedzieć jak sobie radzić w społeczeństwie które jest tak bardzo zróżnicowane. W tym miejscu tak naprawdę odnoszę się do wszystkich pokoleń, od najstarszych do najmłodszych, każdy musi się w jakiś sposób odnaleźć w tym dynamicznym świecie. Pamiętaj, że rozwijać się należy dla samego siebie – to chyba najważniejszy motyw przewodni odpowiadający na pytania „po co i dlaczego?”. Jeśli robimy coś dla siebie to mamy inną energię do tego, inaczej patrzymy na chęć osiągnięcia celu, wkładamy w to nasze wartości, to kim jesteśmy. Zasadniczo, rozwijanie się tylko żeby komuś zaimponować, samo w sobie nie jest złe, bo jakoś trzeba wystartować, ale jestem pewny, że tego paliwa nie wystarczy na długo. Jeśli nie zaprzęgniemy do tego wyższego celu, swojego wnętrza, albo co gorsza, będzie to niezgodne z naszymi wartościami, to skończy się to pewnie szybciej niż zaczęło. Don’t Compare Yourself to Others. Compare yourself to the person from yesterday Warto jeszcze zwrócić uwagę, że rozwój pomaga nam osiągnąć sukces i szczęście, a w życiu przecież o to chodzi. Każdy ma swoją definicję szczęścia i sukcesu. Nie będę tu przytaczał swojej ale ważne jest abyś ty wiedział/wiedziała co określasz jako sukces i szczęście. Tylko to ma znaczenie na dłuższa metę. Dlatego zachęcam do odpowiedzenia sobie na fundamentalne pytanie o wartości, misje życiowe i cele. Ja dostałem takie zadanie/wyzwanie na szkoleniu Kamili Rowińskiej. Polecam je, bo bardzo pomogło mi odnaleźć się w życiu. Ten dwudniowy warsztat to tylko przykład, który mogę zarekomendować. Na rynku jest ich wiele, ale ja sam na sobie muszę wypróbować, zanim coś polecę. Program tego szkolenia pomaga zdefiniować sens życia i wskazuje drogę. Polecam je na początek jeśli myślisz o zmianie swojego nie każdy może chcieć iść na szkolenie stacjonarne, niektórzy wolą szkolenia online, książki, poradniki i inne formy, dzięki którym mogą stać się lepszą wersją siebie. Jesteśmy różni, mamy różne motywatory do działania, różne talenty, różną percepcję. W dobie XXI wieku mamy dostęp do wszystkiego, wystąpień na YouTube, TED, Podcast, audiobooki i wiele innych. Ważne żeby z nich korzystać, wyciągać lekcje i wprowadzać je w życie. Dla mnie, stacjonarne szkolenia działają lepiej, bo np. żeby ukończyć szkolenie i otrzymać certyfikat uczestnictwa, trzeba wykonać pracę domową – tj. zrobić zadanie po szkoleniu. To bardzo pomaga nie zapominać o tym czego się nauczyliśmy. Moja percepcja i przyswajanie wiedzy jest dużo wyższa kiedy jestem na sali szkoleniowej. Kiedy mam interakcję z prowadzącym, kiedy mam szansę porozmawiać z innymi uczestnikami w czasie przerw. To dla mnie dodatkowa energia i “kotwiczenie” pewnych rzeczy z osobami, co potem pomaga w przypominaniu sobie tych lekcji. To wszystko naczynie połączone, które jest dla mnie bardzo pomocne. Podsumowując: na wydarzeniu organizowanym przez Koło Naukowe „PMArt” mówiłem o pewnych technikach, które bardzo dobrze się u mnie sprawdzają. Jednak z uwagi na formę tj. 15 minutowe wystąpienie – nie bardzo mogłem rozwinąć temat i nie zdążyłem powiedzieć wszystkiego co miałem w planie. Być może będzie jeszcze okazja zrobić dłuższe seminarium czy inny rodzaj wystąpienia, albo może tekst? Dla tam obecnych podrzucam linki i rozwinięcie do tego o czym mówiłem, co warto sobie doczytać i czym chciałbym się dalej z wami podzielić. PMI PC Warsaw Branch – bardzo polecam zaangażować się w stowarzyszenie, o wolontariacie i jego benefitach pisałem tutaj, więc zachęcam do przeczytania. Simon Sinek – wystąpienie na YouTube Tony Robbins – Why We do what We do James Clar – jego blog na którym dużo ciekawych treści umieszcza Dan Pink – The puzzle of Motivation Jacek Walkiewicz – wystąpienie TED Prezentacja w PDF
Opublikowane o 10:26h w kategorii Dorośli Chyba każdy z nas ma za sobą doświadczenie, kiedy nic się nie chce, a tyle jest do za kilka dni, termin oddania pracy zbliża się nieubłaganie, a my mamy największą ochotę na leżenie w łóżku, patrzenie w sufit lub ewentualnie oglądanie seriali i scrollowanie Facebooka. Niechęć do zabrania się do pracy jest tak duża, że wydaje się być obezwładniająca. Myślimy: „ok, miałem dziś przygotować plan prezentacji…ale tak mi się nie chce. Może zrobię to jutro? Tak! Jutro na pewno będę mieć więcej energii…” Po czym przychodzi kolejna myśl: „hmm, ale na jutro mam inne plany…czy zdąże ze wszystkim?” – pojawia się lęk!Z czego wynika niechęć do działania?Można tłumaczyć ją na wiele sposobów. Najczęściej mówimy o braku motywacji, źle zdefiniowanym, niekonkretnym celu, niskim poziomie dyscypliny czy po prostu skłonnościach biologicznych – mówiąc „taki już jestem” czy „zawsze tak miałem”. Ale czy rzeczywiście chodzi tylko o to? Często okazuje się, że nie mamy wystarczająco dobrych powodów, by przerwać stan, w którym tkwimy. Nie czujemy się aż tak źle w swoim ciele, by zacząć ćwiczyć, nie czujemy skutków spożywania zbyt dużej ilości cukru, by zacząć zwracać uwagę na to, co jemy, nie potrafimy określić czasu jakiego potrzebujemy do nauki, więc wydaje nam się, że jedna zarwana noc wystarczy, by przyswoić materiał. Dodatkowo, kiedy wpadamy w wir prozaicznych, łatwych i przyjemnych aktywności, którym poddajemy się na co dzień bardzo trudno jest wymagać od siebie zrobienia czegoś większego i mniej się wciągnąć w pewną wyliczankę przez nasz umysł. Brzmi ona: „zacząć-nie zacząć”/„chcę-nie chcę”. Wciągamy swoje myśli w grę, a nasz mózg najczęściej wybierze krótszą drogę i chwilowe szczęście. Kiedy to zauważymy, przerwiemy i po prostu zaczniemy, często okazuje się, że samo wykonanie zadania było mniej męczące niż myślenie o po głębszym zastanowieniu może się także okazać, że zadanie, jakiemu przyszło nam sprostać, zostało nam przez kogoś narzucone i po prostu nam nie zależy. Cel, do którego prowadzi nie jest spójny z naszą wizją o sobie, życiu, przyszłości czy wartościami, więc to staje się przeszkodą to pokonania oporu. Kolejnym utrudnieniem w rozpoczęciu działania jest ocenianie siebie. Myślimy: „i tak mi się nie uda, nie zrobię tego wystarczająco dobrze, i tak mam już za mało czasu”. To przekonania o nas samych przemawiają przez nas. A co gdybyś po prostu zaczął? Bez oceniania jak to robisz, bez planu minimum, jaki należy wykonać tego dnia, bez myślenia o rezultatach. Co zrobić, by pokonać lenistwo?Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Pomocne może okazać się wsłuchanie się w siebie i wzięcie odpowiedzialności za swoje wybory. Bierność prowadzi do pogoroszenia samopoczucia, co z kolei wpływa na poczucie zrezygnowania i bezradności. Koło się zapętla. Stajemy się bierni, poddajemy się wpływowi losu na to co z nami będzie, zamiast samemu zdecydować jak chcemy, by że weźmiemy udział w konkursie – dziś mija termin zgłoszeń, ale nie możemy się zebrać, jakaś wewnętrzna siła tak bardzo nas powstrzymuje. Co z tym zrobić? Spróbujmy się zaciekawić. Może pisanie nie jest dla nas fascynujące, ale kiedy myślimy o wyborze grafik jest nam nieco przyjemniej, bo np. lubimy fotografię. Posłuchajmy siebie i idźmy za tym tropem. Kiedy zrobimy to, co chcemy, zyskujemy energię na dalsze działania. Spróbujmy wyodrębnić aspekty, które nas męczą oraz które dodają nam energii i mieszajmy je ze sobą. Na początku może nam się wydać to nie intuicyjne, ale z czasem, kiedy przekonamy się, że na całość zadania składają się różne elementy i zauważymy, a następnie zaakceptujemy, że niektóre z nich lubimy bardziej, a inne mniej – przekonanie siebie do działania powinno być mniej wymagające.
zeby mi sie chcialo tak jak mis ie nie chce